Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadania. Pokaż wszystkie posty

29.06.2014

Kazanie Wędrownego Pasterza: Kanibalizm

Zgromadzeni przy studziennym placu mieszkańcy z zaciekawieniem obserwowali kuśtykającego mężczyznę w zakurzonym, ciemnym płaszczu. Oto sławetny Wędrowny Pasterz, wciąż podróżujący gdzieś kaznodzieja, którego sława od wielu miesięcy krążyła w okolicy. Spragnieni nowych wrażeń oraz ciekawych nauk osadnicy, zmęczeni codzienną harówką, przysiedli w półkolu wokół jedynego źródła wody w miasteczku, z lubością racząc się ciepławym płynem o cierpkim posmaku chemii używanej do odkażania, nabieranym blaszanymi kubkami wprost z dużego, stalowego wiadra. Kaznodzieja, którego spalona słońcem twarz przypominała wysuszoną śliwkę, wyciągnął z ogromnego plecaka składane turystyczne siedzisko, z tekturowego pudełka wyjął wielką podniszczoną księgę, po czym przeczytał głosem mocnym i uroczystym kilka wersów świętego tekstu. Gdy tylko skończył, usiadł z wyraźną ulgą, po czym z uśmiechem przyjmując wręczony mu kubek wody rozejrzał się po zebranych. Słowa kazania popłynęły miedzy zebranych.

  Nie będziesz spoglądał na brata swego jak na pokarm, albowiem nieczyste to jadło, które żołądka twego nie napełni niczym więcej, jak tylko kamieniem grzechu.

  Otóż, drodzy mieszkańcy Ashton Park. Słuchajcie słów starca, który wędruje zbierając resztki porozrzucanej prawdy.
  Świat dawno temu pogrążył się w płomieniach. Pogoda nas nie rozpieszcza: Susza na przemian z gradobiciem, całe miesiące spowite gęstymi chmurami, mróz. W takich warunkach uprawa prymitywnych poletek kosztuje więcej energii, niż może dostarczyć potencjalny plon. Stoisz człecze na skraju wzgórza, żołądek przykleił Ci się do kręgosłupa, nylonowa linka służąca za pasek zaciska się wokół obolałego z głodu brzucha. Zabiłbyś za odrobinę jedzenia. Nagle w oddali widzisz samotnego wędrowca, tak samo wychudzonego jak ty. Słabego. A może by gotak pałą w łeb i na ruszt. Czy to ma sens?
  Najlepiej na to pytanie odpowiedzieć odwołując się do dziejów przeszłych, badaniem których zajmuje się wasz sługa. Kanibalizm nie jest wynalazkiem ludzkim i wśród niektórych owadów jest czymś naturalnym. Czy jednak jest to jednak odpowiednia alternatywa dla przedstawionego we wstępie osobnika? Moim zdaniem nie za bardzo. Główne przypadki kanibalizmu, tego kojarzonego z daleką Afryką, Oceanią lub Ameryką Południową, mają podłoże religijne lub były motywowane tradycyjnymi wartościami. A teraz słuchajcie mych słów.
  Wojownik zjadał fragmenty pokonanych przeciwników nie dlatego że był głodny, ale dlatego, że chciał posiąść w ten sposób jego umiejętności i siłę, albo ze strachu, że pokonany wróci w postaci demona, aby go straszyć Tak robią bandyci spod znaku Płonącej Czachy i zaprawdę mówię wam, że grzeszą!.
  Mówiąc o religii znamy przypadki konsumowania zmarłych członków rodziny nie dlatego, że akurat nadarzyła się okazja do wyżerki, ale ze względu na strach i szacunek. Rodzina trzyma się razem. Dosłownie. Nawet po śmierci. Zauważmy, że kultury, które kultywowały podobne zwyczaje też żyły często w skrajnie nieprzyjaznych warunkach, głód był naturalną częścią ich życia, a mimo to nie traktowali tego jako alternatywy. Z reguły. Tak podobno robią niektórzy Ludzie Pustyni i mówię wam, że grzeszą, mimo wzniosłych chęci!
  Przypadki kanibalizmu wymuszonego głodem występowały i zapewne występować będą wszędzie tam, gdzie nie było absolutnie innej możliwości zdobycia pokarmu metodami mniej drastycznymi. Weźmy pod uwagę rozbitków, odciętych od świata w swych szalupach, na bezludnych wyspach czy trudno dostępnych miejscach katastrofy. Weźmy pod uwagę Wielki Głód na Ukrainie, hen daleko za oceanem. Weźmy pod uwagę działania niektórych plemion. Mówimy wtedy o przypadkach, w których zdobycie pożywienia innymi metodami było niemal niemożliwe, a człowiek stojący na skraju śmierci głodowej przestawał myśleć w standardowych dla ludzi kategoriach.
  Jeżeli będziemy rozpatrywać nasze obecne położenie, to patrząc na istniejące w przeszłości schematy z całą pewnością możemy być przekonani, że przypadki kanibalizmu będą nader częste. I mówię wam, że to grzeszne!
  Ostrzegam was! Dość istotnym czynnikiem jest to, że ludzkie mięso nie jest zbyt zdrowe. Odwołując się do kinematografii obwoźnego kina braci Hutt: Book of Eli. Obraz tak do bólu podobny do naszego świata. Staruszkom żywiącym się ludźmi drżą dłonie. Jest to skutek działania zawartych w naszym organizmie białek – prionów, które nie są szkodliwe, dopóki nie zmienią właściciela. Konsumując towarzysza wtryniamy jego priony, które w obcym organizmie w końcu pokazują różki. Nasz układ nerwowy zaczyna szwankować. Umieramy w niezbyt ciekawych okolicznościach.
 Spójrzmy jednak na inną wizję rzeczywistości, tak bardzo podobnej do naszej: Wielki świat, resztki ludzkości, wędrujecie kilkanaście kilometrów nie natrafiając na żadne ślady ludzkiej bytności. Matka natura krępowana jest teraz innymi czynnikami, ale zapewne wciąż walczy uparcie wydając na świat potomstwo – zwierzęta i rośliny. Gość stojący na wzgórzu widzi innego podobnego mu osobnika. Może go zjeść na kolacje, lecz będzie to jednorazowy grzeszny akt napełnienia żołądka. Nie lepiej się dogadać? Znowu patrząc w przeszłość: Człowiek mógł konkurować z naturą tylko w momencie łączenia się w grupy. Współdziałanie pozwalało zminimalizować przewagę okrutnego świata. Mając do pomocy drugiego człowieka łatwiej obronimy się przed niebezpieczeństwem, szybciej spenetrujemy niebezpieczne ruiny, weźmiemy ze sobą większy bagaż potrzebnych przedmiotów, wspólnie upolujemy w końcu dziką świnię, która tak skutecznie wymykała się nam do tej pory.
  A co począć, gdy rodzina głoduje, i znikąd ratunku? No jak już nie będzie innego wyjścia to zawsze mamy pod ręką zapas świeżego mięska. Zważcie jednak aby poświęcać jednostki najmniej przydatne grupie, aby nie uszczuplić sił całej społeczności.
Ale pamiętajcie, że to grzech!

30.09.2011

Brzydkie Muciątko

Pewnego wieczoru w spokojnym Teksasie.

Generał Dziadzio zlustrował stojących na baczność wyrostków, z wysokości bujanego fotela rzucając na nich pogardliwe spojrzenie spod swych krzaczastych brwi.
- No dobra szczyle. Spocznij. Czas do łóżek.
- A co z bajką na dobranoc, Generale Dziadku.
- A, no ten tego... więc dobrze. Siadać na dupach i słuchać. Bajka będzie krótka i z morałem, a potem do łóżka.
Starszy mężczyzna zapalił fajkę, i po chwili, rozkoszując się prawdziwym teksańskim tytoniem, rozpoczął edukacyjną przypowieść.

# # #

Jakiś czas temu, w jednej z zapadłych dziur w Zasranych Stanach Ameryki, ciszę nocną przerwały krzyki rozwrzeszczanych bachorów, wyrzuconych naturalnymi siłami na świat przez panią Johnson. Jak to z reguły bywa, bliźnięta były do siebie podobne. Prawie. Jedno z dzieci, nawet w oczach najbardziej przyślepych mieszkańców nie mogło uchodzić za urodziwe. W przeciwieństwie do swych braci, trzeci pomiot państwa Johnson miał z lekka zdeformowaną facjatę, a jego wątłe ciało pokrywała niezdrowa, brzydko pachnąca skóra. Matka brzydala chroniła go za wszelką cenę, sprzeciwiając się radom starszyzny, aby go w cholerę wywieźć poza teren osady.
I tak mijały lata, a dziecko zwane przez matkę Julianem, a prze całą resztę Szpetnym Ju,nie chciało wykitować, mimo cichych starań ojca i rodzeństwa. Dzieciak, z miesiąca na miesiąc coraz bardziej różnił się od swych rówieśników. Choć wątły posturą i brzydki jak dupa Alahamy, był nad wyraz silny i sprawny, więc od czasu do czasu, kiedy trzeba było spuścić komuś z sąsiedztwa łomot, Szpetny Ju zyskiwał sobie coś na kształt chwilowego szacunku w oczach swoich braci. Poza tymi nielicznymi przypadkami, kiedy mógł popisać się swą sprawnością, chłopak pozostawał na uboczu, na polu towarzyskim osady ponosząc kompletną porażkę. Matka, przeklinając napromieniowane batoniki, jakimi zażerała się w czasie ciąży, starała się kochać swoje małe szkaradztwo, miłością rekompensując mu wszystkie doznane krzywdy. Młody, chcąc unikać codziennych uprzejmości w stylu „ Kochanie, podaj strzelbę” tudzież, „ O kurwa! Diabeł!”, spędzał dużo czasu na włóczędze, eksplorując okoliczne ruiny. Pewnego dnia, uciekając przed lecącymi kamieniami i wyzwiskami, postanowił udać się na dłuższą wędrówkę. Nie wiedział że właśnie rozpoczyna nowe życie.

Krwawe ślady prowadziły w stronę zrujnowanych zabudowań, w które nigdy wcześniej się nie zapuszczał. Podążając tym tropem odnalazł w końcu urwaną kończynę. Roztrzaskany zegarek nie pozostawiał wątpliwości, że ramię należało do Pana Billowa, zaginionego przed tygodniem mieszkańca osady. Julian patrząc z fascynacją na znalezisko, nie zauważył, jak kroki swe kieruje ku ogromnej rozpadlinie. Stracił równowagę, i ślizgając się po stromym zboczu, na pełnej prędkości wjechał w pozostałości starego magazynu.

Otaczały go dziwne, poskręcane postacie, których żółte ślepia błyskały groźnie w mroku. Największy z nich, warcząc, rzucił się na zaskoczonego młodzieńca. Zanim jednak zdał sobie sprawę, że źle ocenił przeciwnika, leżał na ziemi z przetrąconym karkiem. Julian dysząc uniósł kawałek gruzu i dokończył dzieła.

Kilkadziesiąt postaci otoczyło go. Ktoś zerwał czerwony strzęp materiału z ramienia pokonanego i przyozdobił nim Juliana. Chłopak zrozumiał, kiedy spojrzał w ogromny kawał szkła, oparty o ścianę budynku. Zawsze wzbraniał się przed swoim odbiciem, przez co zaskoczyło go, jak bardzo podobny był do otaczających go istot. Znalazł w końcu prawdziwą rodzinę.

Z mroku nocy wybiegły skulone cienie, za którymi powoli kroczyli ich mechaniczni sojusznicy. Szpetny Ju, z czerwoną opaską na ramieniu, dzierżąc oderwaną mechaniczną kończynę uzbrojoną w ostre pazury, dała sygnał do ataku. Ludzka osada spłynęła krwią.

Julian troskliwie ułożył odciętą głowę swojej matki na towarzyszącej mu pająkowatej maszynie. Uśmiechnął się do niej czule, obserwując kontem oka jak przeklęta okolica jego dzieciństwa w ogniu traciła swój pierwotny kształt.

# # #

- No dzieciaki! Koniec opowieści. Czas do łóżek i rano widzę was wszystkich przed moją chatą.

- A morał?

Generał Dziadzio poskrobał się po głowie.

- Morał jest taki, że jak te paskudne dziecko od Marty Levis zacznie choć trochę przypominać mutka, macie rozpieprzyć mu łeb. Jasne? Odmaszerować… i dobranoc.


Tekst zamieszczony został w 43 numerze Gwiezdnego Pirata, jako jedna z kilku prac wysłanych na konkurs z okazji dnia Molocha.
Zapraszam do zapoznania się z całością.
Link: Gwiezdny Pirat #43

28.04.2011

Imprezka

Teks ten brał udział w konkursie organizowanym przez serwis Outpost.

Nadaje się jako tło do Neuroshimowego settingu: Neuroshima 2020.

IMPREZKA

Steelman wychylił się w samą porę, aby dojrzeć ogromny spychacz torujący przejazd przez zabarykadowaną wrakami ulicę. Trzy osoby, trzymające się kabiny kierowcy, śmiały się głośno. Ktoś odpalił racę, ktoś inny, kobieta w obcisłej różowej koszulce i spalonych włosach na głowie, krzyczała coś, wciskając do oporu zawór trąbki na sprężone powietrze, której pisk niósł się po opuszczonych budynkach. Pojazd przedzierał się mozolnie przez przeszkody. Trąbka ucichła, i kryjący się w budynku członkowie grupy usłyszeli rytmiczne dźwięki uderzenia w puste kosze na śmieci, gwizdki i… nie było wątpliwości… muzykę. Hałas rósł w miarę, jak jego źródło zbliżało się do skrzyżowania. Cała ekipa ciekawie wyglądała przez okna, rozpoznając znajome rytmy, tak popularne jeszcze niedawno w klubie „Coconut Milk”, gdzie co tydzień odbywała się największa impreza techno w hrabstwie Westchester.

Pochód składał się z około piętnastu samochodów, które wolno przemierzały ulicę. Podłączony do agregatu sprzęt nagłaśniający serwował najlepsze imprezowe kawałki. Hałas pracującego urządzenia oraz warkot samochodowych silników został zdominowany przez powtarzające się sekwencję basów i dźwięcznych bitów. Otoczony sprzętem DJ, z torsem owiniętym bandażem, przez który przesączała się ropa, zachęcał do zabawy pokrzykiwaniem i rytmicznym klaskaniem w dłonie. Tylko jego twarz, jakby na przekór emocjom, wyrażała ból przy każdym ruchu poranionych dłoni. Kilka pickupów wiozło na pace skrzynie pełne wyskokowych napojów. Na dachu samochodu dostawczego firmy farmaceutycznej siedział facet, którego nogi były zupełnie zwęglone aż do wysokości kolan. Inwalida otwierał paczki podawane mu z dołu, po czym nabierał garście białych tabletek i rozrzucał je w tłum. Wokół pojazdów szli, biegli lub wlekli się ludzie, podrygując spazmatycznie w rytm dudniących głośników. W ruch szły butelki, których zawartość znikała w gardłach imprezowiczów. Kilkaset osób uczestniczących w paradzie krzyczało, tańczyło, piło i zażywało narkotyki. Wielu krzywiło się z bólu, gdy z niezagojonych ran sączyła się krew. Cierpiący na chorobę popromienną wyrywali sobie garściami włosy, ciesząc się jak dzieci i kiwając głowami. Zapatrzeni w dziwaczny pochód wojownicy nie zauważyli nawet, jak kilkanaście osób oddzieliło się od reszty, i wbiegło do budynku. Steelman usłyszał dźwięk, i odwrócił się. I przeładował pistolet, który wczoraj znalazł przy zwłokach policjanta. Widząc zbliżającą się grupę wyciągającą w jego kierunku ręce, spanikował i wystrzelił. Kula trafiła w głową pijaną kobietę, która szczerząc się chwyciła go za rękę. Rozpędzony ołów wszedł tuż pod policzkiem, rozsadzając jej piękną, lecz mocno poszarzałą od narkotyków twarz. Krew i mózg ochlapały pozostałych napastników, którzy jednak wydawali się w ogóle nie zwracać na to uwagi. Ktoś wytrącił mu broń i grupa porwała ich za sobą, śmiejąc się i krzycząc. Wkrótce wepchnięto wojowników w bawiący się tłum. Czarnoskóry mężczyzna o zaszklonych oczach wcisnął mu w dłoń zamkniętą butelkę whisky oraz zapalonego skręta. Steelman poczuł znajomy zapach marihuany i zaciągnął się z błogością. Nie mógł się wydostać, otoczony zewsząd bawiącym się tłumem. Przypadkowo uderzył w ubranego w kitel staruszka, który właśnie robił sobie zastrzyk z morfiny. Mężczyzna spojrzał na niego z uśmiechem i krzyknął do ucha.

- Jestem doktor Blaskowitz. Niezła impreza, co?! Oni wszyscy – tu wskazał tłum, lecz zrobił to tak gwałtownie, że jego okulary spadły na ziemię – Oni wszyscy umierają! Byłem lekarzem który prowadził to co zostało po Szpitalu św Elżbiety. Oni wszyscy byli moimi pacjentami! Choroby popromienne, oparzenia, przewlekłe choroby i epidemia, tacy do mnie trafiali a ja ich wszystkich – tu ponownie pokazał na tłum – starałem się wyleczyć. Sam się zaraziłem! – Podciągnął rękaw ukazując pokryte czarnymi kropkami ramię – I też umieram. My wszyscy umieramy, i chcemy się bawić póki stoimy na nogach!

Mężczyzna niemal wrzasnął akcentując ostatnie słowa. Steelman odepchnął go i wskoczył przez rozbitą witrynę ogołoconego sklepu. Patrzył jak pochód zmierza do przodu. Ci, co mają dość, padali na ziemię.

I umierali.

31.01.2011

Dzień zagłady

Jak to było w 2020... to pytanie nurtuje co bardziej świadomych mieszkańców obecnego zadupia znanego jak ZSA. Otóż niewielu już pamięta jak kończyła się era Coca-Coli, bezprzewodowego internetu i żarcia na telefon. Ci, co niby pamiętają, przedstawiają różne wersje, ale i tak najważniejsze, że wszystkie te historie prowadzą do totalnej rozpierduchy. Zapraszam do zapoznania się z jedną z takich historii. Gwiezdny Pirat # 36. Strona nr 25.

Link: Gwiezdny Pirat #36

Fragment:

"Sytuacja musiała być naprawdę poważna, skoro nad zamkniętymi dzielnicami krążyły uzbrojone śmigłowce, a na dachach rozstawiano snajperów. Dzięki legitymacji i małemu kłamstwu, udało mu się wydostać poza miasto. Mknął opustoszałą autostradą, chcąc jak najszybciej znaleźć się blisko żony i dziecka. Dobrze pomyślał, wysyłając ich na kilka dni na wieś do swojej matki. Po 3o minutach udało mu się dotrzeć do upragnionego celu. Osada była jak zwykle spokojna i senna. Wszyscy siedzieli w domach i oglądali piekło z Nowego Jorku. Pewne elementy strachu przed tym, co dzieje się wiele kilometrów dalej, widać było również tutaj. Harold mijał dwa razy uzbrojonych w strzelby i pistolety, patrolujących ulicę mieszkańców. Sprawdził, czy w schowku jest jego prywatna broń. Poczuł się lepiej, gdy namacał chłodną rękojeść potężnego rewolweru. Dojeżdżał właśnie przed dom, w którym spędził prawie siedemnaście lat życia. Dziwny niepokój opuścił go, gdy zauważył na werandzie swoją matkę, żonę, oraz czteroletnią córeczkę bawiącą się z psem."

25.11.2010

Dzień

Każdy cholerny dzień rozpoczynał się podobnie. Promienie porannego słońca wsączały się do ciemnego pomieszczenia przez popękany sufit. Stary człowiek otwierał oczy. Po raz kolejny przyszedł czas na próbę. Już czas ponownie postarać się wyrwać śmierci kolejny dzień. Kolejna kreska na ścianie. Mężczyzna za każdym razem przecierał zaropiałe oczy patrząc w zdumieniu na pozbawiony tynku ceglany mur, na którym widniała pokaźna kolekcja pionowych linii kreślonych zwęglonym drewnem. Już tyle czasu udało mu się przetrwać. Już tyle czasu znosił te piekielnie ciężkie warunki. Tyle razy zastanawiał się czy warto. Tyle razy myślał o zakończeniu tej namiastki życia, lecz za każdym razem coś go powstrzymywało. Tchórzostwo, słaba, lecz nieugięta wola walki o egzystencję czy może zwykły upór…nawet on tego nie wiedział. Prawą ręką namacał leżącą obok starego materaca manierkę. Płyn z trudnością przechodził przez wyschnięte gardło. Lewa ręka wciąż ściskała nabijaną pordzewiałymi gwoździami, drewnianą pałkę. Było to wątła ochrona. Wręcz iluzoryczna. Lecz twarda powierzchnia dawnej nogi od kuchennego stołu pozwalała mu zasnąć. Ukojone zapachem rdzy i starego drewna zmysły ulegały powoli z dawna oczekiwanemu otępieniu. Nadchodził zbawczy, regeneracyjny sen. Zachowując jeszcze resztki świadomości, starszy mężczyzna zawsze życzył sobie, żeby ten właśnie sen trwał już wiecznie. Jednak nie mógł trwać długo. Promienie słońca zawsze przypominały, że czas wypoczynku się skończył. Teraz trzeba podjąć walkę.

Stary człowiek odłożył broń. Podszedł do maleńkiego paleniska, gdzie w starej puszce po konserwie wciąż zostało kilka ochłapów ohydnego, szczurzego mięsa. Ze płóciennego plecaka, który niedawno służył mu za poduszkę, wyszperał foliową torebkę. Wyciągnął z niej kawałek suchara. Dokładnie pokruszony trafił wprost do resztek z wczorajszej kolacji. Mężczyzna brudnymi palcami nabierał mięsno-pszenną papkę. Z trudem powstrzymał się żeby nie zjeść wszystkiego do końca. Wstał i przeciągnął się rozprostowując stawy. Po kilku próbach, z niemałym trudem udało mu się usunąć przeszkodę w postaci starej lodówki, barykadującą wyjście ze zrujnowanego budynku. Sprawdził mocowanie liny, i ostrożnie, opierając się na resztkach zawalonych schodów, zszedł na dół. Czujnie rozejrzał się wokół. Czysto. Pewniejszym krokiem podszedł do zdezelowanej półciężarówki. Kabina kierowcy całkiem spłonęła, lecz część dostawcza, oprócz kilku wgnieceń i potężnej plamy sadzy, pozostała praktycznie nienaruszona. Ledwie staruszek ściągnął blokujący drzwi zatrzask, te odskoczyły gwałtownie. Ze środka wystrzelił pokaźny, rudy pies. Z wywieszonym językiem, merdając ogonem z zawrotną szybkością kundel skakał radośnie wokół swego pana. Mimo wystających żeber, nieomylnego znaku wielodniowego głodu, zwierzę wciąż wyglądało na groźne. Pod pokrytą licznymi bliznami skórą grały sprężyste mięśnie. Mocna szczęka budziła grozę, której zakłócić nie mógł nawet wywieszony z radości jęzor. Mężczyzna położył na ziemi puszkę z resztkami porannego posiłku. Zwierze natychmiast rzuciło się do jedzenia. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem widząc psisko pałaszujące ze smakiem marne resztki. Poruszone podmuchem wiatru zardzewiałe drzwiczki od automatu z napojami skrzypnęły cicho. Uśmiech zgasł tak szybko jak się pojawił. Pies czujnie podniósł łeb. Starzec skulił się wodząc w powietrzu kijem z przyczepionym na końcu ostrym nożem. Improwizowana włócznia niczym wąż śledziła okolicę, skąd dobiegł ich dźwięk. Mężczyzna dobrze wiedział, że to tylko wiatr. Po prostu stare nawyki były silniejsze. Paranoiczne reakcje jak dotąd okazały się najlepszą receptą na długowieczność. Napięte mięśnie powoli się rozluźniały. Pies ponownie zanurzył pysk w starej, pokrytej sadzą puszce. Gdy w środku nie zostało już nic, co dało by się zjeść, trącił ją nosem i odszedł, węsząc za kolejnym posiłkiem. Starzec zabrał się za zacieranie śladów. Wyjęty zza paska pordzewiały rzeźnicki nóż o szerokim ostrzu miękko zagłębił się w błotnistą ziemię. Po kilku chwilach do wykopanego dołu wleciała puszka oraz zawinięte w foliowy worek ludzkie odchody. Mokra ziemia skutecznie ukryje wszelkie zapachy uniemożliwiając bestiom wykrycie go w nocy. Spojrzał na słońce. Było już dość późno, więc musiał wziąć się do roboty. Pies latał naokoło wciąż oblewając moczem co rusz to nowe miejsca. Nie było wątpliwości. Minionej nocy kilka sztuk węszyło w tej okolicy. Gdzieniegdzie na podłożu wciąż widać było ślady uzbrojonych w pazury łap. W miejscu gdzie paskudne cielska obtarły się o betonową ścianę, zostało kilka oblepionych śluzem łusek. Dziwnym trafem nigdy nie poszły za zapachem psa. Starzec gwizdnął cicho przywołując zwierze do siebie.

Brnąc w coraz bardziej błotnistej ziemi dostał się w końcu do wyciągniętej na brzeg łódki. Wykonana z włókna szklanego konstrukcja miała gdzieniegdzie łaty wykonane ze znalezionej w ruinach blachy. Dużo czasu zajęło mu przygotowanie jej do użytku. Jednak się opłaciło. Ta dawna szalupa ratunkowa statku wycieczkowego „Leeds Queen” była chyba najlepszą rzeczą, jaką udało mu się zdobyć od czasu katastrofy. Łódka zakołysała się niebezpiecznie pod ciężarem mężczyzny i zwierzęcia. Silne, żylaste ręce sprawnie chwyciły długą aluminiową rurę i wbił jeden z jej końców w dno. Z całej siły naparł na nią czując jak łódź niechętnie przedziera się przez bagnisko. Zawsze najtrudniej ruszyć. Potem wyrzucona na głębszą, mniej zamuloną wodę szalupa, sunie spokojnie po gładkiej, zielonkawej tafli. Dziś kierunek na północ. Mężczyzna w milczeniu przypatrywał się szkieletom dawnych wieżowców. Gdy wbijał rurę w dno, aby nadać łódce odpowiedniej prędkości, za każdym razem czuł, jak przez szlam przebija się do twardej asfaltowej powierzchni, po której kiedyś jeździły samochody. Pamiętał jak był mały, jak lubił ze swoim ojcem jeździć do pracy. Stali jak zawsze w gigantycznym korku, a on uśmiechał się przez otwarte okno do innych dzieci uwięzionych tak samo jak on w niekończącej się kolejce stalowych pojazdów. Teraz samochody te leżały kilka metrów pod nim, pokryte błotem, przerdzewiałe. Teraz swoje legowiska miały tam bestie. Na szczęście o tej porze dnia spały jeszcze twardo. Od czasu do czasu kawałek naruszonego wilgocią betonu odrywał się i z głośnym pluskiem spadał do wody. Jedna z załatanych dziur w łódce to pamiątka po fragmencie gzymsu z dawnego TradeCage Building. Pocisk minął psa o włos, przebijając się gładko przez sztywną konstrukcję. Stare czasy. Szalupa powoli dopływała do miejsca gdzie kilka dni temu zastawiał pułapki. Mężczyzna zręcznie wspiął się po wystających drutach zbrojeniowych na piętro. Złapało się coś. Niestety bestie były szybsze. Część pułapek była kompletnie zniszczona. Kilka kroków od nich leżały paskudnie poszarpane resztki szczura złapanego najpewniej w jedną z nich. Truchło było pokryte śluzem. Cuchnęło. Starzec z wściekłością kopnął pozostałość po nocnej uczcie. Szkoda mięsa, ale nasączone jadem resztki nie nadawały się do spożycia. Wrócił do zacumowanej łódki. Pies, wyczuwając paskudny nastrój swojego pana, położył się na starym kocu i spuściwszy po sobie uszy zamarł w bezruchu. Płynęli dalej. Starzec z kieszeni wyjął kawałek zawilgoconego papieru. Ołówkiem zaznaczył które budynki zostały już sprawdzone. Teraz przyszedł czas na zapadające się ruiny dawnej biblioteki medycznej. Dwa piętra sprawdził ostatnim razem. Humor zdecydowanie mu się poprawił, gdy w zastawionej przy budynku łapce dojrzał całkiem dorodną rybę. Prawdziwy rarytas. Uradowany ze zdwojoną energią wspinał się na kolejne piętro budynku. W półmroku dojrzał pozostawiony kilka dni temu sprzęt. Dwie pochodnie, pordzewiały topór strażacki, kilka metrów dobrej nylonowej linki oraz dwie stare sieci rybackie. Przedzierał się przez zagruzowane pomieszczenia. Czas rozpocząć łowy. Wprawne oko szybko dojrzało pokryte grubą warstwą zawilgoconego kurzu biurko. Mocne uderzenie siekiery rozłupało je na dwie części. Mężczyzna cierpliwie oddzielał drewniane elementy od pordzewiałej blachy. Nożem wydłubywał śruby. Cały pozyskany materiał wrzucał na dolne piętro przez zawalony sufit. Po kilku godzinach udało mu się zebrać całkiem pokaźną stertę drewna, które przerzucał teraz do wprawnie powiązanych ze sobą na podobieństwo gigantycznego worka sieci. Gdy dzisiejsza zdobycz była już zabezpieczona, przywiązał ją do łodzi. Starzec miał nadzieję że drewno jest na tyle suche, że utrzyma się na powierzchni wody podczas holowania. Jeśli nie, to istnieje całkiem duże prawdopodobieństwo że tonąc, wciągnie pod wodę łódkę. Chwila napięcia. Ładunek z głośnym pluskiem spadł z gzymsu. Linka napięła się niebezpiecznie. Stary człowiek tkwił nieruchomo z nożem w dłoni, gotów w każdej chwili odciąć niebezpieczny balast. Łódź zanurzała się niebezpiecznie. Jeszcze kilka centymetrów, i mętna woda wleje się do środka. Już pierwsze strużki wlewały się przez pęknięcia. Wtem dało się odczuć wyraźne poluzowanie linki. Drewno powoli unosiło się ku górze. Gdy tylko wypłynęło na powierzchnię, mężczyzna otarł rękawem spoconą twarz. Odetchnął z ulgą. Czas wracać. Słońce zajdzie za kilka godzin, lepiej być już wtedy z powrotem w kryjówce. Pies ciekawsko obwąchiwał wyciągniętą przed chwilą zdobycz. Ryba miotała się niemrawo w drucianej klatce. Mężczyzna z całych sił odepchnął od ruin obciążoną dodatkowym ładunkiem drewna szalupę. Mozolnie płynęli w stronę domu, niesieni lekkim prądem.

Starzec przesłonił oczy chcąc zorientować się jak wiele czasu zostało do zmierzchu. Wtem ujrzał coś co sprawiło że serce zaczęło bić szybciej. Coś na niebie. Widział już coś takiego. Spadochron. Ogromna czasza wypełniona powietrzem a pod spodem jakiś dziwny stożkowaty kształt. Obiekt leniwie opadał niesiony podmuchami wiatru. Dziwny ładunek zahaczył o ruiny jednego z wieżowców. Rozległ się potworny huk. Kawałki betonu i stali, wyrwane siłą uderzenia, z głośnym łoskotem spadały w dół kończąc swoją podróż w mętnej otchłani. Część czaszy spadochronu rozdarła się zahaczywszy o ostry kawał zardzewiałej blachy. Dziwny ładunek z łoskotem runął do wody kilkadziesiąt metrów dalej. Łódka szybko przybiła do dziwnego, dryfującego obiektu. Mężczyzna gorączkowo przełknął ślinę. Gdzieś już widział taki obiekt. Jak był mały, oglądał kiedyś programy w których opowiadali o czymś takim. Powoli zaczynał przypominać sobie dawno zapomniane fakty. Kosmos? Misja kosmiczna? Powrót? Kapsuła ratunkowa? Tak. Teraz pamiętał. To w takiej formie możliwy był awaryjny powrót astronautów na ziemię. Więc czy w środku tej puszki jest…

Nie zdążył do końca sformułować myśli, gdy górna pokrywa kapsuły z hukiem wystrzeliła w powietrze.

***

Rozbitek leżał na brudnym posłaniu. Rana na głowie goiła się powoli, lecz wciąż trawiła go gorączka. W malignie miotał się chcąc krzyczeć, lecz silne dłonie starca przytrzymywały go, zatykając usta. Ranny nasłuchiwał. Na dole coś się działo. Coś niedobrego. Słyszał odgłosy walki. Szczekanie. Piski i dzikie, nieludzkie odgłosy. Zasnął. Stary mężczyzna płakał.

***

Łzy wciąż ciekły mężczyźnie po policzku, gdy zasypywał resztki swojego starego przyjaciela. Tym razem bestie były na tyle silne, że udało im się przebić przez stare, samochodowe drzwi. Pies walczył dzielnie. Wokół pobojowiska było mnóstwo brunatnej krwi. Odgryziona głowa dawnego towarzysza wciąż w pysku trzymała wyszarpniętą gadzią łapę uzbrojoną w potężne pazury. Tylko tyle pozostało po zwierzęciu, które starzec kochał tak bardzo. Głowa. Pokiereszowana zębami i pazurami, ale w martwych oczach wciąż widać strach. I chęć walki. Łzy kapały na błotnistą ziemię. Mężczyzna z trudem przewrócił starą budkę telefoniczną. Z wielkim wysiłkiem dźwigał potężne kawałki gruzu, aby zabezpieczyć grób przyjaciela przed padlinożercami. Spojrzał w kierunku kryjówki. Przybysz z nieba wciąż siedział na starym krześle, w zamyśleniu wpatrując się w płomienie niewielkiego ogniska. Nad ranem, jak tylko gorączka opadła, ranny zerwał się z posłania. W szoku wyrzucał z siebie potok słów. Mówił wszystko: Skąd jest, jak się tu dostał, po co przybył. Był członkiem amerykańskiej bazy kosmicznej „Heaven 6” Wiedział że na ziemi doszło do katastrofy. Wywodził się z pokolenia urodzonego już w kosmosie. Zwyciężyła ciekawość. Chciał zobaczyć, co stało się z rodzimą planetą. Dusił się w ciasnych pomieszczeniach stacji. Uciekł. Jak tylko skończył opowiadać o tym wszystkim, osunął się na podłogę i spał aż do południa. Starzec z trudem wyprowadził go na zewnątrz i posadził przy ognisku. Próbował nakarmić, lecz mężczyzna zwrócił pokarm. Z wdzięcznością przyjął trochę wody. Siedział tak już kilka godzin, w milczeniu obserwując pogrążonego w rozdzierającym smutku astronautę.

***

- J…jak to się wszystko s…stało? – Przybysz miał dziwny akcent.

Starzec oderwał wzrok od horyzontu i przeniósł go na opatuloną zawilgotniałym kocem postać przy ognisku.

- Zaczęło się dawno temu. Byłem jeszcze małym chłopcem, gdy pogoda zaczęła płatać figle. Było albo za gorąco, albo za zimno. Susze i mrozy niszczyły zbiory, zakłócały pracę, niszczyły wszystko, co naszej cywilizacji udało się zbudować. Aż pewnego dnia stało się coś dziwnego. Śnieg, który skuł nasz kraj na prawie pięć lat, nagle stopniał. Jeden dzień był, na drugi już zniknął. Poziom wody podniósł się. Z oceanów nadciągały potężne fale które z łoskotem wdarły się w głąb lądu. Rządy na całym świecie nie mogły sobie z tym poradzić. Przez kilkanaście lat nieustanny łańcuch katastrof, powodzi, susz i trzęsień ziemi doprowadził do ogólnonarodowej katastrofy humanitarnej. Gdy woda zalała większość lądów, wybuchła zaraza. Nie było już efektownie działających służb medycznych. Natura czyściła się z niedobitków ludzkości. Niewielu przeżyło. Za to czasami słyszało się plotki, że na północy coś się dzieje. Coś złego. Potem, jakby dla ukoronowania tej apokalipsy, coś okropnego stało się ze zwierzętami. Popadały w dziwne otępienie. Jedne umierały, inne stawały się nadmiernie agresywne. Wiecznie głodne. Tego psiaka, którego pochowałem dzisiaj, znalazłem kilka lat temu. Było nas jeszcze siedmiu. Ja, moja siostra, dwóch żołnierzy Gwardii Narodowej oraz trzy siostry zakonne. Na ocalałych od wody kawałkach ziemi ludzie musieli bez przerwy zmagać się z rozszalałymi bestiami. Znaleźliśmy gniazdo dzikich psów. Padły wszystkie, lecz wraz z nimi trzech naszych ludzi, w tym moja siostra. Spod martwego psa wypełzł szczeniak. Wyglądał normalnie. Miałem już dość zabijania. Zabrałem go ze sobą. Wkrótce zginęła reszta moich towarzyszy. Głód i dzikie bestie okazały się silniejsze od nich. Od tego czasu tułam się w poszukiwaniu bezpiecznego schronienia. Mój jedyny kompan, który teraz spoczywa tam martwy, zawsze spał osobno. Kochałem go, ale bałem się, że ta dziwna zwierzęca przypadłość odezwie się w nim, kiedy będę spał. Może gdybym trzymał go ze sobą, nie doszło by do tragedii.

- Czy nie ma żadnych osad? Nikt więcej nie przetrwał? Tylko ty? – Przybysz nie wyglądał dobrze. Bladł bez przerwy słuchając uważnie opowieści staruszka.

- Przetrwali. Jest kilka osad niedaleko stąd. Ogrodzili się. Wybili agresywne sztuki. Udało im się część z nich ujarzmić i hodować. Mają się całkiem nieźle. Tyle tylko, że nie potrzebują bezużytecznego starucha. Widzisz tę stertę drewna. To moja przepustka. Zbieram ją już od kilkudziesięciu miesięcy. Kiedy w końcu będzie wystarczająco duża, może w zamian za to pozwolą mi zostać i dożyć do końca wśród ludzi, nie martwiąc się każdym szmerem. Śpiąc spokojnie.

Drewno jest cenne. Może to wystarczy. A jak nie, to przynajmniej mam jakiś cel. Coś mnie zajmuje. Do czegoś dążę. To pomaga mi nie zwariować.

- A te bestie? Co to jest? – Mężczyzna wskazał na zakrwawione błoto.

- Kiedyś to chyba były aligatory. Dziwnie wyewoluowały. Strasznie się zmieniły. Pamiętam jak byłem mały, byłem z ojcem w zoo. Widziałem jak te potwory wylegiwały się na słońcu. Teraz już tego nie robią. Śpią pod wodą. W dzień nie wypłyną. Nigdy. Za to w nocy aż roi się od nich. Walczą i polują same na siebie. Pożerają wszystko co tylko da się pożreć. W nocy cały ten teren aż po horyzont to ich królestwo. Zbieraj się człowieku. Już niedługo się ściemni. Musimy posprzątać po sobie i zatrzeć ślady. Jak nas wyczują, to nie uratuje nas wysokość. Wejdą do nas, choćby po swoich trupach. Nienawidzą ludzi. Nie wiem dlaczego, ale nie potrafią odpuścić. Teraz jesteś w tym bagnie tak samo jak ja. Może we dwójkę uda nam się szybciej pozbierać odpowiednią ilość drewna. Pracujmy ciężko i bardzo możliwe, że niedługo będziemy uratowani. Chcę umrzeć spokojnie. W łóżku. Z zamkniętymi oczami. Nie chce skończyć tak jak moi dawni kompani. Jak moja siostra. Jak pies. Zgaś ognisko i zalej je wodą. Straciliśmy dziś zbyt dużo czasu. Trzeba zdobyć jedzenia i słodką wodę. Z czasem przyzwyczaisz się do tego wszystkiego. Albo umrzesz. Wstań. Jutro czeka nas dużo pracy.

***

Promienie porannego słońca wsączały się do ciemnego pomieszczenia przez popękany sufit. Stary człowiek otworzył zaropiałe oczy. Dziś spał spokojniej niż zwykle. Płakał. Wciąż nie mógł pogodzić się ze śmiercią przyjaciela. W drugim kącie, opatulony starymi kocami, spał przybysz. Wciąż był w szoku. Wciąż nie mógł dojść do siebie. Był zagubiony. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem. Teraz musi pokazać młodemu jak przetrwać w tym cholernym świecie. Wciąż ma jakiś cel w życiu. Wciąż może okazać się przydatny. Odsunął barykadującą wejście przeszkodę. Słońce wlało się do pomieszczenia. Zapach stęchłej wody i bagniska uderzył ze zdwojoną siłą. Mężczyzna chwycił kawałek zwęglonej deski i na ceglanej ścianie postawił kolejną pionową kreskę.

Kolejny, piękny dzień.

Dobro zwycięża?

Kanistry z benzyną wsunął pod tylne siedzenie. Wyciągnął z kieszeni pożółkłą kartkę, niezgrabnie przekreślając pozycję z listy.

- Kolonia mutków unieszkodliwiona. Zapłata w benzynie. Kolejne cenne doświadczenie wyszczerzył białe zęby. Siedzący w czarnej furgonetce mężczyźni odpowiedzieli mu równie filmowymi uśmiechami.

- To co teraz? Maszyna czy Gangerzy?

- Według listy, ochrona ekspedycji. Neodżungla.

Pojazd ruszył, wzbijając obłoki kurzu

***

Strzelec ostrożnie nawlekał pociski na taśmę nabojową. Było gorąco, mimo iż ruiny hotelu chroniły przed morderczym słońcem. Szef skończył rozmawiać przez radio.

- Powariowali. Carlos daję przedwojenną wódę, Bracia Thompson darmowy karnet do burdelu, a Swarov przysięgał porozmawiać z człowiekiem od Schultza o pracy. Wszystko za załatwienie tych gości…

- Jacyś ważniacy? – Strzelec zarepetował karabin.

- Bohaterowie… szaleńcy igrających z rzeczywistością. Jeżdżą od osady do osady, wykańczają każdego, kto nie pasuje do schematu. Mike macha. Jadą. Czarna furgonetka. W stanie niemal idealnym, jak wszystko, czym dysponują. Zróbmy to i wracajmy. Po prostu…

***

Czarna furgonetka widowiskowo omijała blokujące drogę wraki. Przy ruinach starego hotelu zza zakrętu wyjechała nagle pordzewiałą osobówka. Strzelec podekscytowany ilością dostępnej amunicji zgrał celownik z głową kierowcy o niesamowicie białych zębach. Miarowy odrzut broni. Na czyściutkiej szybie furgonetki, jedna obok drugiej, pojawiały się małe pajęczynki. Iglica trafiła w próżnię. Furgonetka uderzyła w przechyloną latarnię. Podziurawiona kulami szyba wypadła na jezdnie. W środku siedziały trzy poszatkowane kulami trupy. Ich nieskazitelnie białe zęby pokrywała szkarłatna krew. Oczy rozszerzone ze zdziwienia, że wszechmocny Mistrz zakpił z ich bohaterstwa.

Jeden dzień więcej

Znowu śniły mi się koszmary. Patrzę na gościa obok, jak leży i zwija się w brudnym barłogu. Jęczy przez sen…błaga o litość. On też wstając, będzie się czuł bardziej zmęczony niż kilka godzin temu. Stary, mechaniczny budzik kończy czas naszego odpoczynku.

Hej! Młody! Wstawaj. To twój pierwszy dzień z nami. Czas zapracować na żarcie, które wczoraj dostałeś!

Podnoszę się ciężko, gdyż zmęczone mięśnie odmawiają posłuszeństwa. W środku naszego schronienia jak zwykle zaduch. Małe, okratowane okienka zapewniają tylko tyle powietrza, żebyśmy się nie podusili. Przez coś większego mogłoby wejść do środka jakieś cholerstwo. Mam dziś robotę przy grządkach. Młody znowu zasnął, więc solidnym kopniakiem motywuję go do odgonienia resztek snu. W kobiecej części naszego schronienia, jak zwykle słychać muzykę. Kilka dni temu Natalie okradła jednego kupca przybyłego z karawaną po żarcie. W starym odtwarzaczu pewnie niedługo skończy się bateria, ale przynajmniej przez kilka dni możemy wszyscy poczuć się raźniej. Gdyby tak podłączyć odtwarzacz do agregatu… niemożliwe. Mamy za mało ropy, nawet. aby uruchamiać pompę przy studni. Szkoda. Młody w końcu wygrzebał się spod starego koca. Naciągamy na siebie ubrania. Na to kupione ostatnio dżinsowe ogrodniczki. Wytrzymały materiał. Koszule z długim rękawem zaklejamy przy nadgarstkach taśmą. Rękawice, cienkie wełniane czapki, gogle i na końcu ktoś inny musi zawiązać nam chusty. Kawał twardego płótna dobrze leży na twarzy, pozwala oddychać, ale powstrzyma pył. Nie chcę, aby spotkało mnie to, co starego Johnsona. Nałykał się pyłu, a tydzień później prawa część jego szyi napuchła jak balon. Męczył się trzy dni, wypluwając co chwilę śmierdzącą ropę. W końcu ktoś się zlitował i palnął mu w łeb. Zakopaliśmy go przedwczoraj. Daleko od farmy. Głęboko, żeby nie zżarły go zmutowane zwierzęta. Dlatego zawsze proszę jednego z chłopaków, żeby chustę zawiązał mocno, na dwa supły, żeby podczas pracy cholerstwo nie zsunęło mi się z twarzy.

Wszyscy gotowi? No to ruszamy! Ja z Młodym przy drzwiach!

Obok Garou ze strzelbą gotową do strzału. Za nami Chester z pistoletem.

Masz Młody. Bierz łopatkę. Jest naostrzona i całkiem poręczna. Jak coś na ciebie skoczy, to uderz z całej siły i módl się, żebyś trafił. Ja też mam taką, widzisz. Dobra! Otwieramy.

Obite blachą wrota nie chcą się ruszyć. Młody napiera na nie razem ze mną. Po chwili dołącza Chester. Mamy już małą szczelinę. W nocy była burza piaskowa, która przysypała wejście. Trzeba to odkopać z drugiej strony. Chyba Młody się przeciśnie.

Wiem, że się boisz. Sam bym się bał wyłazić na zewnątrz bez zabezpieczenia ze strony strzelby. Chester. Daj młodemu spluwę. Patrz Młody. Tu trzymasz, i jak coś leci na ciebie, to kierujesz to jego stronę i palcem naciskasz spust. Jak nie trafisz, to i tak pewnie bydle się wystraszy. Tylko nie strzelaj, dopóki nie jesteś pewien. Nie mamy już więcej amunicji. Przełaź. Jak będziesz po drugiej stronie, to machaj łopatką ile wlezie. Im szybciej nas odkopiesz, tym szybciej do ciebie przejdziemy. Kapewu? No to hop.

Pełne napięcia minuty. W końcu udaje nam się pchnąć drzwi do przodu. Chester dostaje z powrotem rewolwer i zamyka za nami wrota. Młody pada z nóg.

Idziemy, bo zaraz wzejdzie słońce.

Ja przodem, Garou ze strzelbą w środku, na końcu słaniający się na nogach Młody. Garou pokazuje na wschodnią ścianę naszej stodoły. Widać ślady. Coś odgarnęło gruz i śmieci, ustawione wzdłuż ściany jako prowizoryczny mur. Na drewnianych deskach pozostał ślady potężnych zębów. W powstałej wyrwie widać rysy od pazurów. Częściowo odsłonięte fundamenty. Dziura w ziemi na kilkanaście centymetrów. Jakieś ścierwo próbowało się przekopać, a sądząc po skali zniszczeń, nie było same. Trzeba będzie potem to wzmocnić i nagarnąć tu gruzu i śmiecia. Polejemy to miejsce rozpuszczalnikiem. To na kilka dni odciągnie zmutowane bestie od dalszych prób przebicia się do nas.

Robi się coraz widniej, musimy przyspieszyć. Spójrz na te ogrodzenie. To nasz warzywniak. Tylko tam coś w ogóle chce rosnąć, cholera wie dlaczego. Widzisz te spróchniałe drzewo. Tam pod spodem zakopana jest owinięta folia strzelba myśliwska. Garou zostawi nam śrutówkę, a sam wlezie na drzewo, pilnując, żeby nas nic nie zaatakowało. Jak usłyszysz strzał, to dymaj jak najszybciej w stronę stodoły, i daj im znać, że coś się dzieje. A… pytasz o tę strzelbę. Zostawiamy ją tu zawsze na wszelki wypadek. Jak coś po drodze powali gościa z bronią, i odetnie ci drogę do obozu, to zawsze możesz zwiać tutaj, gdzie znajdziesz coś do obrony.

Sprawdziliśmy niestety tę metodę.

Dobra. Garou już wlazł. Widzisz te grządki? Przykryliśmy je takimi tunelami z folii, dzięki temu rośliny nie tracą aż tyle cennej wody, a słońce nie spali ich na wiór. Właź teraz do środka. Jest tam jeszcze w miarę chłodno. Podam Ci worek z nawozem. Przekopujesz ziemię wokół sadzonek i podsypujesz trochę nawozu. Uważaj tylko na wije, bo siedzą często w ziemi, a jak cię taki udziabie, to przez cztery dni nic do ust nie weźmiesz. Od razu zwymiotujesz, a nie możemy marnować żywności. Jak zobaczysz takiego, przyłóż mu łopatką, i zakop z powrotem, to się chociaż nie zmarnuje. Ja zrobię to samo na sąsiedniej grządce. Za jakieś trzy godziny dotrze tutaj inna ekipa z wodą, jak tylko uda im się odpalić pompę przy studni. Za jakiś czas zmienię się z Garou. Potem ty zrobisz sobie przerwę. Jak nauczę cię kiedyś strzelać, to też będziesz mógł siedzieć na drzewie i nas pilnować. Póki co, do roboty. I nie ściągaj tej cholernej maski. Wiem że gorąco.

* * *

Hej, Młody. Ekipa już jest. Zwijamy się. Masz, przynieśli nam wodę i jedzenie. Widzisz tę bulwę. Przy czymś takim właśnie pracowałeś. Zobacz. Tam gdzie łączy się z rośliną, tam wnętrze jest zielonkawe. To znaczy, że musisz to odciąć w cholerę, bo to jest trujące. Reszta jest bardziej żółta. Wrzucasz to w popiół, lub kładziesz miedzy dwa rozgrzane na słońcu kamienie, i czekasz, aż na zewnątrz zrobi się taka twarda skorupka. To w środku możesz wybrać palcami lub łyżką, jeżeli gdzieś zdobędziesz takową. Jest dobre. Wcinaj. Załatwiłem od jednego z chłopaków strzelbę. Pójdziemy zapolować.

* * *

Dobra. Jesteśmy. Masz tutaj te kawałki bulwy. Dla nas są trujące, ale zwierzyna wpieprza ja aż miło. Rozrzuć to tam, przy linii lasu. W tym pożółkłym zagajniku czasami siedzi całe stado zmutowanych koni. Musiały w tej całej zawierusze zwiać kiedyś z zagrody i dostosować się do nowych realiów. Teraz pierwsza część polowania z przynętą, a zaszczytu wabienia dostąpisz właśnie ty. Biegnij pod sam zagajnik, porozrzucaj resztki bulw, i wracaj do mnie jak najszybciej się da. Jeśli mamy pecha, i jest tam gdzieś jakiś drapieżnik, to z pewnością na ciebie skoczy. Wtedy moim zadaniem będzie zastrzelić go, zanim on zabije ciebie. Jak spudłuję, to sorty Młody. Było miło. Jak walnę celnie, to polowanie się udało. Proste. Nie patrz się na mnie. Każdy z nas to przechodził. Mięso to mięso, a drapieżnika na bulwę nie wyciągniesz. Biegnij.

Dobry chłopak z Młodego. Szybko się uczy. Może pożyje na tyle, żeby zakończyć edukację. Hmmm, miał dziś szczęście. Nic nie wyskoczyło.

No i jak? Fajnie było? Nie poszczałeś się ze strachu. To dawaj do tej dziury. Wykopaliśmy ją kiedyś, bo tutaj najłatwiej o zwierzynę. Kładź się, tylko zrób miejsce dla mnie. Przykryjemy potem naszą kryjówkę tym brezentem schowanym w krzakach. Ochroni nas przed słońcem, a przy okazji stłumi nasz zapach, dzięki czemu zwierzyna nas nie zauważy. No i co teraz, się pytasz? Teraz leżymy i czekamy. Możesz się zdrzemnąć. Mamy kilka godzin. Jak słońce znajdzie się na wysokości tego starego słupa energetycznego, trzeba się będzie zwijać, żeby przed zmrokiem zdążyć do obozu. O! Patrz, tam daleko, na drodze. Widzisz te kłęby kurzu. Patrz przez lunetę. To chłopaki z Posterunku. Słyszałeś chyba plotki o tym wędrownym mieście na północy, Kilka patroli kręci się tu od czasu do czasu. Handlują i szukają rekrutów. Pewnie zjawią się u nas za kilka dni. Słuchaj mnie młody. Oni podobno walczą z maszynami. Ja tam jeszcze żadnej nie widziałem, ale kiedyś przyjechali do nas, i trzech chłopaczków w twoim wieku chciało do nich dołączyć. Dwa tygodnie temu spotkałem jednego z nich, jak z patrolem przyjechał do nas, pohandlować i odwiedzić stare śmieci. Znałem go, i miałem okazję z nim pogadać. Był dziwny, jakby wyprany z emocji. Patrzył się tępo na ludzi, wśród których dorastał, zero uczuć, rozumiesz? No to Posterunkowi załadowali odkupione od nas żarcie, zostawili trochę amunicji, ropy i leków. Zbierali się, jadąc pewnie do innej osady, kiedy ten chłopak, Mike, złapał mnie za ramię i ścisnął tak, że do tej pory mam ślady. Był pewien, że żołnierze go nie zobaczą. Powiedział do mnie, że tamci dwaj, co zabrali się z nim, nie żyją, i żebym przypilnował, żeby nikt z tej wioski nigdy się nie zaciągnął. Mówiąc to wciąż miał kamienną twarz, ale w jego oczach widziałem paniczny strach. To dało mi do myślenia. Więc jak żołnierze z Posterunku zjawią się u nas, i któryś z nich zagada do ciebie, grzeczni odmów. Dobra rada. Nie zabiorą cię siłą, bo odkupują od nas żarcie. Zapamiętaj. A teraz zdrzemnij się. Jak coś podejdzie, to cię obudzę.

* * *

Psst…Młody…ostrożnie i cichutko. Widzisz tam. To źrebak. Zaraz będziemy musieli spadać, więc nie ma co czekać na matkę. Teraz tak. Tu odbezpieczasz. Inaczej broń może wypalić przez przypadek, a taką kulką to ty byś nie chciał dostać. Celujesz, naprowadzając krzyżyk w lunecie na cel. Żeby bydle powalić, musisz w korpus, tuż za przednią nogą. Celujesz trochę niżej, bo celownik nie jest dokładny, a nikt w osadzie nie umie go ustawić. Dobra, to tyle teorii. Dziś strzelam ja, ale następnym razem, jak kupię kilka sztuk amunicji od handlarzy, pozwolę polować tobie.

Uwaga. Powoli zgrywam krzyżyk z celem. Mutek kręci się niespokojnie, ale chyba trafię. Wstrzymać oddech…Niech to szlag! Nie trafiłem dokładnie. Ranne zwierze uciekło w wysuszony gąszcz.

Do diabła! Młody, zbieramy się stąd. Dziś nici z polowania. Źrebak dostał i puścił trochę krwi. Zaraz się tutaj zrobi gorąco. Spadamy jak najprędzej, bo jak drapieżniki wywęszą nasz trop, to kilka sztuk pewnie ruszy za nami. Szybko!

* * *

Było ciekawie, co? Dziś w nocy ja mam wartę. Ty kładź się, bo jutro też pójdziesz z kimś na grządki. Tak jest codziennie. Wstajemy, kiedy słońce nie wychyli się jeszcze zza horyzontu. Jest wtedy chłodno, i już w miarę bezpiecznie. Część idzie doglądać upraw, inni zajmują się pozyskaniem wody. Jakaś grupa wyruszy, żeby nakopać jakiegoś robactwa lub przeszukać ruiny sąsiednich farm. Reszta zostaje tutaj i pilnuje. Jak jest dobrze, to mamy co jeść i pić. Reszta żarcia idzie na handel, bo musimy mieć leki, amunicję i paliwo. Karawany podjeżdżają tutaj średnio co dwa tygodnie, bo obok jest ruchliwy i uczęszczany trakt. Mieszkam tu już piętnasty rok, i zawsze jest to samo, ale powiem ci Młody, że dobrze jest mieć gdzie spać i co robić. Inaczej dawno gryźlibyśmy piach. Masz te zatyczki do uszu, każdy je nosi, nawet wartownicy. W nocy na zewnątrz kończy się to, co znamy. Gdy zapadnie zmrok, okolica należy do zmutowanych zwierząt. One wiedzą, że tu jesteśmy, próbują się do nas dobrać, rozwalić tę budę w drobny mak. Ich wycie i skrzeki słychać całą noc. Bez zatyczek zwariujesz. Śpij dobrze. Aha, gratulacje. Właśnie udało Ci się przeżyć jeden dzień więcej…

Kazanie Matiasa Lotha

Wzywałem Was, a Wy przybyliście!

Wy! Których nazywam dziś braćmi i siostrami, którzy podobnie jak Ja, muszą znosić niedolę zesłaną na nas za grzechy naszych przodków. Spójrzcie naokoło! Piekło zstąpiło na ziemie! Lecz nie lękajcie się, bo Władca zesłał mnie, aby dać swym podopiecznym jeszcze jedną szansę na zbawienie. Podejdźcie! Przy moich stopach leży kawał gruzu.. Kiedyś był częścią budowli, w której nasi przodkowie mieli być bezpieczni. Nie lękajcie się tego! Poczujcie, jak łatwo go skruszyć. Kiedyś był monolitem, dziś jest zwietrzałym cieniem przeszłości, przesypującym się przez palce niedowiarków. Na waszych oczach dokonuje się cud. Władca naszymi własnymi dłońmi zesłał na ten świat apokalipsę. Jego moc jest tutaj. Skruszył bałwochwalcze świątynie bez bogów. Zmiótł obiekty żądzy. Spopielił ludzkość, zbyt zepsutą, by liczyć na odkupienie, z którym dziś do was przybywam... Wy, potomkowie ocalałych, wszyscy jesteście wybrańcami. Od chwili, gdy zachłysnęliście się pierwszym oddechem, jesteście poddawani próbie. Lecz Władca nie jest zadowolony. Przegrywacie. Wchodzicie na ścieżkę, z której już raz ludzkość została strącona. Gonicie za materialnymi namiastkami szczęścia. Trwonicie energię na odkopywanie tego, od czego Władca chciał was uwolnić, grzebiąc to w piekielnym ogniu, nasączając trucizną, niszcząc.

Bracia! Siostry! Władca nie jest zadowolony! Podążacie ku otchłani! Ponownie… Lecz oto jestem. Sługa Władcy, robak niegodny pełzać po skażonej ziemi. Przybyłem tu, by sprowadzić was z powrotem na szlak. Pod naszymi stopami gnije szkielet potępionej cywilizacji. Jego plugawe cząstki wciąż są wśród nas. Spójrzcie na siebie. Wasze ubiory, broń, pojazdy. Tylko dzięki błogosławieństwu mogę wciąż patrzeć w Waszą stronę, bez grymasu obrzydzenia. Porzućcie to. Wzgardzijcie w porę tym, co niesie śmierć i cierpienie. Żyjcie od nowa. Jedzcie to, czym obdarzy was pielęgnowana na nowo ziemia. Noście to, co uda wam się wytworzyć.. Brońcie się tym, co posmakowało waszego potu. Stańcie się budowniczymi waszych domostw. Gdy odrzucicie już artefakty zła, nie spocznijcie. Zniszczcie, zetrzyjcie w pył nasiona zgnilizny, których nie dosięgła miłosierna ręka Władcy. Kontynuujcie Jego dzieło. Nawracajcie opornych, tak jak ja nawracam teraz was.

Tak jest! Spójrzcie na to! To szklana skrzynia, przez którą fałszywe bóstwa w ludzkich postaciach manipulowały naszymi przodkami. Kapliczka zła. W mej ręce dzierżę broń, którą wykonałem samodzielnie. Posmakowała krwi mych zdartych rąk. Piła pot kapiący mi z czoła. Spójrzcie! Na Władcę!!!... Widzicie jak pękło ziarno zepsucia! Bracie! Przyprowadź go… Ten człowiek próbował walczyć o to, co zmiotłem właśnie, dzięki mocy Władcy. Próbowałem go przekonać, lecz jest już dla niego za późno. Jak powinniśmy z nim postąpić?! Jaką karę przewidujemy dla zła, które żyje wsród nas?! Śmierć?! Czy jedynym wyjściem jest śmierć? Niech tak będzie! Udowodniliście, że jesteście godni łaski Władcy. Bracia i siostry. Złóżmy dla Niego ofiarę…

29.10.2010

Zabójczy nałóg

Opowiadanie opublikowane na neuroshimowym portalu Orbital
Tornado od zawsze otaczał nimb tajemniczości. Skąd się bierze i jak dokładnie działa - wszystko co wiemy, to domysły i relacje ćpunów. Czasem okaże się, że czarne tabletki przeniosą nas gdzie indziej. W naszym śnie wciąż pod stopami będzie chrzęścił spalony radioaktywną posuchą gruz.

Link: Zabójczy nałóg

Fragment:

"Niespodzianka.
Co, do cholery? To nie jest przeszłość. Wokół wciąż tylko piasek i ruiny. I groteskowe karykatury ludzi, dla których największym szczęściem jest kawałek szczurzego mięsa, czy butelka zwietrzałego piwa. Gardził tymi stworzeniami bez przyszłości. Sam kiedyś taki był. Mocno pracował żeby się wybić. Żeby coś znaczyć. Żeby stworzyć sobie miejsce w tym chorym piekle, jakie urządziły im maszyny. Odczuwał własny gniew. Nawet tu nie może uwolnić się od rzeczywistości. Znajdował się w niewielkiej alejce wciśniętej pomiędzy domy sklecone byle jak z kawałków blachy, dykty i innego śmiecia. W oddali majaczyły ruiny miasta. Nieodłączne tło ludzkiej bytności. Ruszył naprzód. Gdy udało mu się pokonać plątaninę korytarzy i w końcu wyrwał się na otwartą przestrzeń, w końcu go olśniło. Był tu kiedyś, ale nie potrafił przypomnieć sobie nazwy. Czuł strach. Prosty, pierwotny, zwierzęcy strach..."

Woda

„ Wy biali nie znaleźlibyście wody na pustyni nawet gdybyście w nią wleźli”

Tropiciel Aranak Byczy Róg szkolący traperów


„… organizm ludzki składa się w ponad 60% z wody. Dlatego odwodnienie ma dla nas tak katastrofalne skutki.”

Fragment artykułu z gazety znalezionej w ruinach Chicago


Woda

- Jak to „nie działa” !?! – wrzasnął kapitan Johannes chwytając pobladłego ze strachu speca za poły laboratoryjnego fartucha. Gorący ze złości oddech napastnika osadzał się mgiełką na okularach przerażonego naukowca.

- Puść go Patrick. Chłopak zaraz umrze ze strachu, a tylko on wie jak utrzymać tę cholerną ruderę w stanie nadającym się do zamieszkania – dłoń sierżanta Micka Johannesa uspakajająco opadła na bark brata .

Gdy uścisk kapitana zelżał, mężczyzna ciężko osunął się z powrotem na krzesło, nerwowo poprawiając okulary. Parne, lekko stęchłe powietrze oraz charakterystyczny półmrok jaki zawsze towarzyszy pomieszczeniom w tym schronie już od dawna napawały go lękiem. Kiedy tylko mógł, siedział w swej pracowni na powierzchni.

- No dobra Alex – Kapitan gdy już trochę ochłonął i usiadł za swym biurkiem ponownie zwrócił się do speca. – być może trochę przesadziłem, ale do jasnej cholery nie po to wydajemy na Ciebie tyle gambli, żebyś mi mówił że coś u nas nie działa. No, ale przejdźmy do rzeczy. Chcę jeszcze raz usłyszeć na czym polega problem, i postaram się Ciebie nie rozszarpać w trakcie.

Alexander Iwanowicz Pietrow wziął głęboki oddech i odsunął się od kapitańskiego biurka na w miarę bezpieczną odległość rozcierając obolałą szyję. Sierżant i kapitan patrzyli na niego wyczekująco.

- Tak jak zgłaszałem tydzień wcześniej, wszystkie filtry uzdatniające wodę w tym schronie są praktycznie do wymiany i nie wiem jakim sposobem jeszcze pracują. Na domiar złego na potwierdzenie moich słów, wczoraj wieczorem doszło do poważnej awarii…

- Czego skutkiem jest …? Nie sposób było nie odczuć niecierpliwości w pytaniu kapitana.

- Czego skutkiem jest to , że pomimo tego że dłubie w tym gównie od wczoraj, udało mi się uruchomić tylko dwa z pięciu filtrów, z czego jeden działa na połowę swoich możliwości.

- A co z częściami zamiennymi – odezwał się sierżant – Przecież sprowadzaliśmy je z Nowego Jorku.

- To co przyszło okazało się kompletnym złomem. Jedyny pożytek z tego, że miałem kilka części zamiennych i dzięki nim udało mi się w ogóle cokolwiek naprawić. Nasz kwatermistrz, sierżant Lisiecky, już wcześniej kontaktował się z różnymi handlarzami. W rezultacie dowiedziałem się, że najbliższa dostawa może nadejść za pięć miesięcy i będzie kosztować naprawdę sporą …

- A więc jak wygląda ogólna sytuacja i jak odbije się to na Forcie?– przerwał mu kapitan.

- Moc przerobowa filtrów ledwie wystarczy na zaspokojenie potrzeb schronu oraz Fortu na powierzchni. Obawiam się że nie prędko będziemy w stanie dostarczyć wodę do sąsiednich wiosek.

Po chwili konsternacji kapitan milcząco skinął na naukowca pozwalając mu się oddalić.

- Alex! – rzekł jeszcze nim tamten zdążył opuścić jego gabinet - Pogadaj z Lisieckym, niech zamówi te części, tylko tym razem niech dopilnuje żeby były dobre. I na miłość Boską zrób coś żeby to naprawić, bo inaczej dostaniemy poważnie po dupie. A ty Micky idź do naszego ojca i poinformuj go o wszystkim. Niech na jutro rano zbierze się cały sztab w Sali Głównej. I nikomu innemu nic nie mów. Muszę się z tym przespać i coś wykombinować.

Gdy jego brat wyszedł, kapitan oparł łokcie na biurku i starał się ogarnąć to, co spadło na niego tak nagle. Pomimo tego, że mógł liczyć na swych współtowarzyszy, to na nim głównie, jako na następcy swego ojca – Wielkiego Założyciela, ciążyła odpowiedzialność podjęcia ostatecznych decyzji. Przytłoczony ogromem problemu zapadł wkrótce w niespokojny sen.

* * *

Nazajutrz rano w Sali Głównej na 2 poziomie przeciwatomowego schronu znanego niegdyś pod nazwą Fort Sierra Noir, od wzgórza u podnóży którego został zbudowany, zebrał się cały sztab. Jego członkowie to w głównej mierze potomkowie założycieli osady. Wg źródeł, po buncie maszyn i wielkim holokauście jaki zgotowały ludzkości, resztki rozbitego przez ostrzał rakietowy i chemiczny 47 Regimentu Artylerii Armii Amerykańskiej podążając wg starych map wojskowych dotarło do tego schronu, wybudowanego dla oficerów i żołnierzy stacjonujących na rozsianych dawniej na tym terenie lotniskach wojskowych. Nagły i precyzyjny atak Molocha sprawił że niewielu żołnierzy przeżyło, a lotniska zostały zmiecione z powierzchni ziemi. W tych nielicznych, na które nie spadły rakiety i taktyczne ładunki nuklearne, zautomatyzowany system obronny przejęty przez Stalową Bestię zrobił sobie prawdziwe ludzkie safari. Suma sumarum, gdy resztki regimentu pod dowództwem majora Hulka Johannesa dotarły do schronu, ten był zajmowany przez niewielką liczbę ludności cywilnej. Udało się otworzyć kolejne poziomy schronu pełne niezbędnych medykamentów broni i technologii. Dzięki świetnej organizacji zbudowano dobrze prosperującą osadę. która zaczęła zrzeszać i przyciągać kolejne ludzkie siedliska wyrastające na pustkowiu po wojnie. Sala Główna była wcześniej centrum dowodzenia schronu, teraz natomiast wyglądem przypominała muzeum. Na ścianach pozawieszano mundury i broń zmarłych z czasem założycieli. Na centralnym miejscu, na podwyższeniu siedział mjr Johannes. Przygarbiony staruszek, na którym wisiał niczym worek dawny mundur armii amerykańskiej. Zza maski tlenowej ogarniały zebranych błękitne, żywe i inteligentne oczy, tak nie pasujące do reszty ciała. Przy długim sztabowym stole siedziało 6 mężczyzn i 2 kobiety. Gdy Ojciec Założyciel dał znak ręką, jego syn, Patrick powstał i powtórzył to co zameldował mu wczoraj nadzorca techniczny Pietrow. Po twarzach zebranych widać było, że doskonale zdają sobie sprawę ze skali problemu. Mimo to kapitan Johannes kontynuował:

- Jak wszyscy zebrani zapewne wiedzą, handel wodą dawał nam możliwość kontroli nad sąsiednimi osadami. Brak możliwości tej kontroli sprawi, że pozbawieni zostaniemy znacznej części dostaw żywności i siły ludzkiej. Co więcej niektóre osady są na tyle militarnie silne, że rozwiązanie zbrojne może być dla nas zbyt kosztowne. Bardziej rozwinięte miasteczka, które nie są w stanie samodzielnie zaspokoić własnego popytu na czystą wodę będę zmuszone sprowadzać ją za pomocą Karawan 8 Mili. Jako ze takie dostawy są zbyt drogie i niezbyt częste, wioski te ulegną stopniowej degradacji. Mała wioska nie może wytworzyć zbyt wiele żywności. Więc w przyszłości nie będzie z niej wiele pożytku. Jednym słowem, jeśli czegoś nie zrobimy, to albo część naszych ludzi zginie z głodu, albo będziemy musieli napadać na karawany aby zdobyć więcej żywności. Ani jedno ani drugie wyjście jest nie do przyjęcia. Jeśli macie jakieś pomysły chętnie ich wysłucham.

Nikt z zebranych nie odezwał się, toteż kpt. Johannson kontynuował.

- Możemy wysłać nasz sprzęt inżynieryjny. Dzięki nowym studniom przynajmniej część wiosek będzie miała odpowiednią ilość wody dzięki czemu…

- Z całym szacunkiem kapitanie… przerwał mu sierżant Jeremiah Notz, dowódca sił zbrojnych. – Jeżeli część wiosek będzie mogła samodzielnie zaspokoić własne potrzeby na wodę, to jakie mamy gwarancję, że zamiast wdzięczności nie przyjdzie im do głowy chęć zniwelowania naszych wpływów. Jak już pan wcześniej wspomniał nie jesteśmy na tyle silni, aby móc jednocześnie ochraniać karawany, walczyć z bandytami i gangerami oraz pacyfikować nieposłuszne miasta. Dodatkowo zobowiązaliśmy się wysłać część ludzi i sprzętu na front północny, aby wesprzeć Posterunek.

Kapitan Johannes uważnie wysłuchał słów sierżanta milczącą przytakując słuszności jego argumentów. Po chwili zastanowienia ponownie przemówił:

- Jest jeszcze jedno wyjście. Wpadło mi do głowy zupełnie przypadkiem wczoraj wieczorem. Jakiś miesiąc temu dostałem raport o małej osadzie, która powstała stosunkowo niedawno jakieś 90 km na północ od naszego Fortu. Kapralu Meyer czy mogła by pani przybliżyć nam ten raport?

Od stołu powstała wyraźnie zaskoczona drobna kobieta w średnim wieku - kapral Renate Meyer, odpowiedzialna za rekonesans i wywiad.

- Tak jest panie kapitanie. Doskonale pamiętam tę osadę. Została założona około 4 miesiące temu przez ludzi, którzy na własną rękę korzystając ze znalezionego sprzętu wiertniczego próbowali znaleźć złoża ropy. Zamiast tego dowiercili się do podziemnego jeziora. W czasach kiedy woda na pustkowiach jest cenniejsza niż ropa, zyski z jej sprzedaży pozwoliły na rozbudowę i umocnienie osady.

- Czy mamy tam kogoś kto zbiera dla nas informację??

- Owszem. Kiedy rozrastająca się wioska chciała zwiększyć swoje bezpieczeństwo, przyjmowano każdego kto miał choć blade pojęcie o strzelaniu. Mamy tam dwóch ludzi w milicji oraz zaprzyjaźnionego kupca, który często odwiedza te rejony. Jednakże z raportów, jakie otrzymuje, wynika że Cave Lake, bo tak się ta osada nazywa, dysponuje dobrze rozwiniętym systemem obronnym oraz znaczną siłą ludzką. Przy naszym obecnym położeniu nie jesteśmy im w stanie skutecznie zagrozić.

- Tak, tak. Czytałem raport. Wskazała pani na praktycznie brak słabych punktów w obronie. Więc bezpośredni atak nie jest możliwy. Zaintrygowała mnie jednak postać dowódcy milicji – Muhhamada Hustona. O ile dobrze wyczytałem w pani raportach, był on wcześniej hersztem gangu, co prawda nie wiadomo jakiego, ale to nie istotne. Może tego byłego gangera da się jakoś przekupić. Proszę jak najszybciej dowiedzieć się o nim jak najwięcej i złożyć mi bezpośrednio raport. Do tego czasu będziemy musieli odłożyć tę sprawę na boczny tor. To wszystko panie i panowie.

Oficerowie kolejno salutując mjr. Johannesowi wychodzili z Sali Głównej. Jedynie kapitan i jego brat Mick pomogli usiąść swemu ojcu na wózek inwalidzki i zawieźli go do jego sypialni.

- Ojcze a co ty myślisz o całej tej sprawie?

- Poczekajmy..khu.ekhu….poczekajmy na raport. Pozwólcie teraz swemu ojcu spocząć. – Starzec obdarzył swe dzieci nikłym uśmiechem spod maski tlenowej – świetnie sobie radzicie bez niego.

* * *

Dwa tygodnie później kapral Meyer złożyła długo oczekiwany raport. Sytuacja stawała się coraz gorsza. Rezerwy wody przeznaczane dla sąsiednich wiosek topniały w zastraszającym tempie. Profilaktycznie rozmieszczano wojska wokół najważniejszych osad by w ostateczności spróbować przejąć je siłą, jeśli zbuntują się i nie będą chciały wysyłać żywności. Gdy kapitan Johannes ujrzał kapral Meyer na jego twarzy po raz pierwszy od bardzo dawna wykwitł uśmiech.

- Panie kapitanie, kapral Meyer melduje że…

- Darujmy sobie ten ceremoniał kapralu. Proszę o rzeczowe sprawozdanie z tego co udało wam się dowiedzieć.

Kapral Meyer zaczęła opowiadać kapitanowi czego udało się jej dowiedzieć podczas dwu tygodniowej nieobecności.

Uśmiech nie schodził z ust kapitana Johannesa.

* * *

Zgromadzeni w Sali Głównej oficerowie kręcili się niespokojnie. Nerwowa i pełna niecierpliwości atmosfera udzieliła się nawet majorowi Johannesowi którego oczy były bardziej żywe i błękitniejsze niż zwykle, przez co jeszcze bardziej nie pasowały do starczego ciała. Oczy wszystkich skierowane były na wchodzącego kpt. Johannesa.

- Drogi ojcze, drodzy panowie i panie. Dzięki ogromnej pracy kapral Meyer oraz jej ludzi dowiedzieliśmy się pewnych rzeczy, które dają nam nadzieje na rozwiązanie naszego problemu. Proszę bardzo pani kapral.

- Początkowo nie było łatwo znaleźć cokolwiek. Ludzie albo nic nie wiedzieli, albo byli zbyt nieufni by podsunąć nam cokolwiek. Na szczęście bliski przyjaciel Hustona był zagorzałym konsumentem środków odurzających. Za miesięczny zapas narkotyków udało nam się wyciągnąć pewne ważne informacje. Oczywiście ten sam przyjaciel był bardzo nieostrożny i znaleziono go martwego z objawami przedawkowania. Dowiedzieliśmy się że Muhhamad Huston ma żonę i dziecko. Oboje nie mieszkają w Cave Lake, ale w sąsiednim miasteczku Desert Post. Gdyby nie nasz uzależniony przyjaciel prawdopodobnie nigdy nie udałoby się nam uzyskać tych informacji. Żona i dziecko Hustona żyją wraz z jej matką i trzema kobietami ochrony, które podają się za jej siostry. Zła informacja jest taka, że jest to miasteczko myśliwskie, gdzie praktycznie każdy mężczyzna ma broń. Dodatkowo bliskość Cave Lake oraz dość duży garnizon jej milicji stacjonujący w Desert Post nie sprzyjają bezpośredniej konfrontacji. Trzeba to zrobić cicho i delikatnie.

- Co zrobić delikatnie, jaki jest plan – sierżant Mick Johannson zwrócił się do brata

- Plan jest dość niemoralny, ale dotyczy dość poważnej sprawy, więc możemy na to przymknąć oko. Chodzi mianowicie o porwanie dziecka i użycie go jako karty przetargowej. W zamian za odzyskanie dziecka Huston będzie musiał potajemnie wpuścić nasze siły do miasta. Rozbroimy garnizon i postawimy im ultimatum, albo przyłączą się do nas, albo bezbronni będą się tułać po pustkowiach. Kiedy nasze oddziały będą już tam siedzieć, trudno będzie je stamtąd wykurzyć.

- Pozostaje jeszcze jeden problem – Odezwał się Sierżant Johannes – Co z karawanami 8 Mili. Przecież mają tam swoje interesy i nie będą zadowoleni, kiedy zajmiemy ich dostawców.

- Dzięki naszej technologii będziemy w stanie wydobywać więcej wody, a 8 Mila będzie odkupywała od nas tyle samo co od poprzedników po nieco niższej cenie. W ten sposób nie będą robić problemu.

- Czyli na co czekamy. Niezwłocznie przygotuje odpowiednich do tego zadania ludzi… - sierżant Notz wyraźnie się ożywił.

- Nie tak szybko Jeremiah. Jest jeszcze mały problem. Mieszkańcy wioski są bardzo nieufni. Kiedy wejdą tam obcy, od razu mają na karku dyskretnych obserwatorów. Ludzie którzy udzielili nam informacji nie są żołnierzami i nie będą się podejmować tak niebezpiecznego zadania. Potrzebujemy kogoś zaufanego. Kogoś, kto niezauważony będzie mógł wykonać te zadanie i bez przeszkód dostarczyć żonę i dziecko Hustona do nas. No i w końcu ktoś, kogo w razie niepowodzenia nie będą kojarzyć z nami.

- Mamy kogoś takiego?

Tym razem głos zabrała kapral Meyer:

- Moi ludzie skontaktowali się z niejakim Tobiasem Bullem, traperem i ochroniarzem karawan. Często tam polował na dzikie psy i znają go w mieście. Dodatkowo ma wojskowe przeszkolenie – służył przez pół roku na froncie północnym. Już samo to, że przeżył pół roku walcząc z Molochem jest wystarczającą wizytówką. Jeśli dostarczymy mu sprzęt i zapewnimy godziwą zapłatę zgodzi się to zrobić. Może tez liczyć na dwóch swoich kompanów.

Ojciec założyciel delikatnie uniósł dłoń i natychmiast wszystkie spojrzenia padły na niego. Starzec zdjął maskę.

- Miłość wojownika do kobiety i dziecka to potężna siła…Może wasz plan…wasz plan się uda, a może zyskacie dozgonnego wroga …który…khu..khu..ekhu…który doprowadzi do naszego upadku. Cokolwiek się nie stanie musimy zaryzykować… Czyńcie jak zaplanowaliście.

* * *

Czarno-niebieska półciężarówka zajechała przed targowisko w Desert Post. Wysoki, barczysty mężczyzna ze szramą biegnącą przez lewy policzek zrzucił z ciężarówki dwa upolowane dzikie psy. Jego towarzysze poszli do pobliskiego baru. Do mężczyzny podszedł jeden z handlarzy.

- Witaj Tobias. Dawno u nas nie gościłeś. Widzę że łowy się udały. Co cię do nas sprowadza?

Mężczyzna splunął przez zęby i odpalił wyjętego z kieszeni papierosa

- Witaj Malvick ty chytry szczurze. Interes gdzie indziej nie wypalił. Bandyci rozbili naszą karawanę i zatłukli mi pracodawcę. Dobrze że udało mi się uciec. Zarobie tu trochę gambli i pewnie ruszę dalej.

- A ile chcesz za te bestie, mogę dać Ci 6 sztuk amunicji 9mm lub ćwierć litra dobrej benzyny.

- Dasz mi amunicję i benzynę to są twoje, w przeciwnym wypadku sprzedam je starej Margaret.

- Ty szczwany szczurze. Niech będzie, ale dorzucisz mi jeszcze tego papierosa, bo już do tygodnia nie paliłem.

- Dostaniesz dwa jak powiesz mi czy dużo mamy w mieście tych sukinkotów z Cave Lake. Mam z nimi na pieńku i wolałbym nie wpaść im w łapy.

- Znowu któremuś dałeś w mordę..hę ? A nie ważne… Masz dzieciaku szczęście. Dziś wieczorem będą ochraniać transport 8 Mili na północ stąd. Więc zaszyj się gdzieś, a wieczorem powinno już być luźno. No a teraz dawaj te szlugi i następne ścierwa przynoś od razu do mnie. Margaret nie da Ci takiej ceny jak ja. Bywaj

* * *

Ledwie zapadł zmierzch pod jeden z domów podjechała czarno-niebieska półciężarówka. Szybkim kocim krokiem trzej mężczyźni podbiegli do drzwi. Wysoki, barczysty mężczyzna ze szramą na policzku odbezpieczył swojego MAC-10 z tłumikiem i uruchomił noktowizor. Jeden z jego kompanów wytrychem otworzył zamek w drzwiach. Trzy szybkie oddechy i porywacz wszedł do środka. Pierwsza wartowniczka zsunęła się z krzesła ścięta krótką, sykliwą serią, dwie następne nie zdążyły się nawet obudzić. Mężczyzna podbiegł do śpiącej matki i zrobił jej i dziecku zastrzyk ze środkiem usypiającym. W tym czasie zaniepokojona hałasem starsza kobieta weszła do pomieszczenia. Nie zdążyła krzyknąć. Mężczyzna chwycił ją za gardło i przyszpilił do ściany, lufę pistoletu maszynowego boleśnie wbijając w żebra.

- Powiedz swojemu zięciowi że jeśli chce zobaczyć dziecko żywe niech oczekuje na informacje. Im mniej osób o tym wie tym lepiej. Chyba chcesz zobaczyć córkę i dziecko. A teraz spij.

Cios peemem w skroń pozbawił kobietę przytomności. Dwaj mężczyźni zanieśli kobietę i dziecko do półciężarówki.

Przy bramie wjazdowej zatrzymał ich strażnik.

- Tobias, kope lat, jednak nie udał Ci się interes w karawanach skoro znów tutaj jesteś.

- Leon słuchaj bardzo się spieszę. Do zobaczenia…

- Gdzie się spieszysz brachu. W nocy nic nie upolujesz. A co tam masz w bagażniku, daj, popatrze…

Krótka seria zwaliła mężczyzne z nóg. Półprzytomny obserwował jak Tobias wysiada z samochodu a potem jak wylot lufy z tłumikiem zbliżający się do jego twarzy. Zrobiło się ciemno i przestało boleć.

Tobias i jeden z jego wspólników wrzucili ciało do bagażnika i odjechali zlewając się wkrótce z mrokiem.

* * *

Czekali na niego tak jak się umówili. Kobieta w ciężkim wojskowym pancerzu, jakich im zawsze brakowało gdy walczyli z Molochem. Pięciu ludzi obstawy czekało w opancerzonym Humvee. Operator Karabinu maszynowego na dachu samochodu nie przestawał celować w ich kierunku. Mężczyzna wysiadł z samochodu i podszedł do kobiety. Gdy widział ją ostatnim razem była w cywilnych ubraniach i wyglądała całkiem nieźle.

- Masz przesyłkę.

- Całą i zdrową

- Niech twoi koledzy przeniosą ją do mojego samochodu…

- A co z moją zapłatą. Jaką mam pewność że mnie nie załatwisz.

- Gdybym chciała to zrobić już dawno byś nie żył. Postawmy sprawę jasno. Prędzej czy później dojdą kto to zrobił a wtedy Cię znajdą i powieszą…na końcu… zanim się z tobą pobawią.

Trudno było się z nią nie zgodzić.

Jeden z ochroniarzy zawołał kapral Meyer. Ta podeszła do półciężarówki. Natychmiast odwróciła się i Tobias ujrzał gniewne ogniki w jej oczach zanim na jego szczękę nie spadł potężny cios.

- Jak mogłeś wieźć ich razem ze zwłokami strażnika - Kobieta złapała go za włosy i swojego Glocka wbiła mu boleśnie w podbródek.

- Gdyby to ode mnie zależało trzymałabym Cię przez tydzień z tym trupem w ciasnej skrzynce. A teraz pakuj się do samochodu i nie oddalaj się na więcej niż pięć metrów bo Frank pomyśli że chcesz zwiać i wyśle za Tobą kilka ołowianych przyjaciółek.

Wkrótce oba samochody odjechały kierunku Fortu. Frank nie przestawał uśmiechać się do Tobiasa, poklepując od czasu do czasu wymownie zamontowany na dachu karabin maszynowy. Tobiasa bardzo bolała szczęka. Nie mógł odwzajemnić uśmiechu.

* * *

Po kilku godzinach oba samochody dotarły do Fortu. Tobias miał już serdecznie dość dzisiejszego dnia. Zastrzelił kumpla z którym za młodu polował na szczury. Dostał łomot od kobiety. Nie miał już amunicji do MAC-10, a ma taką straszną ochotę zastrzelić uśmiechającego się Franka. Właśnie teraz wjeżdżał przez bramę która wytrzymałaby natarcie Molocha a z dwóch wieżyczek kołysały się wesoło wielolufowe armatki wymontowane pewnie ze śmigłowca Blackhawk. Cudownie.

Mieszkańcy Fortu, w większości uzbrojeni w niemym oczekiwaniu wpatrywali się z nadzieją w samochody, nim te zniknęły w bramie schronu. Nikomu nie uśmiechało się walczyć z sąsiadami z pobliskich osad o kawałek szczurzego mięsa. Ale nikt nie chciał umierać z głodu. Wielu ludzi zebrało się przed głównym wejściem w oczekiwaniu na wieści.

* * *

Do zaparkowanych samochodów od razu podbiegł personel medyczny. Tobias uprosił sanitariusza o kilka tabletek znieczulających. Kobietę i dziecko przeniesiono na nosze i wybudzono. Kapitan Johannes podszedł do Tobiasa.

- A więc to ty pomogłeś nam zdobyć rozwiązanie na nasze kłopoty. Dziękuje Ci w imieniu swoim i tej skromnej osady. Oczywiście zasłużyliście wszyscy trzej na solidną zapłatę. Gwarantuje wam że będziecie zadowoleni. Co do szczegółów to porozmawiamy za chwilę. Musisz zrobić coś jeszcze. Tam na zewnątrz czekają moi ludzie. Bardzo by chcieli wiedzieć, czy nasza misja się udała.

Kpt. Johannes odebrał od sanitariuszki owinięte w ciepły kocyk dziecko.

- Masz kurtkę całą we krwi, więc załóż ten płaszcz, a teraz weź dziecko i pokaż je ludziom.

* * *

Kilkadziesiąt osób zamarło w milczeniu gdy potężne, stalowe drzwi bunkra rozchyliły się. Otoczony wieńcem przybocznych ochroniarzy szedł rosły mężczyzna w długiej, obszernej szacie. Tłum rozstąpił się w niemym oczekiwaniu, niepewny tego co ma się stać. Mężczyzna kiwnął głową wywołując entuzjazm, okrzyki i wiwaty. Uniósł w górę płaczące niemowlę, pokazując je światu.

* * *

Kilka dni później pod bramę fortu zajechał Muhhamad Huston. Jego uzbrojona obstawa patrząc trwożnie na wielolufowe działka oczekiwała aż ich dowódca wróci z powrotem. Wkrótce oddziały zbrojne Fortu bez przeszkód weszły do Cave Lake, przejętym w wyniku zamachu stanu przez dawnego dowódcę milicji.

Symbol

Huk eksplozji po raz kolejny tego dnia spłoszył ptaki ucztujące na gnijących zwłokach psa. Poderwany siłą wybuchu drobiny kurzu przesłoniły niebo. Po chwili martwa cisz ustąpiła miarowym odgłosom uderzeń kilofów, przegryzających się z mozołem przez żelbetonowe konstrukcje. Pył lepił się do spoconych ciał robotników, wgryzał się w oczy i odbierał oddech, lecz wszyscy pracowali w pocie czoła. Wokół bez przerwy krążyły uzbrojone patrole. Mężczyźni i kobiety z bronią gotową do strzału uważnie obserwowali załomy murów, okoliczne place i starty gruzu. Było pewne, że jeżeli coś w tych ruinach siedzi, to na pewno będą mieli z tym do czynienia. Wszyscy wiedzieli że odgłosy eksplozji będą jak zaproszenie do stołu, ale tym razem nie obyło się bez solidnej rozwałki. Gdyby chcieli ręcznie przebić się przez te zwały gruzu, zajęło by im to trzy razy więcej czasu. Od kiedy w końcu udało im się zlokalizować to miejsce, mutki zaatakowały już trzy razy. Dziwna, nie znana odmiana: niscy, krępi, o bladoszarej skórze. Mocno osadzone oczy i masywna szczęka. Nienaturalnie długie ramiona. Normalne, ludzkie strzępy ubrań sprawiały że łatwo ich pomylić z kryjącymi się w ruinach degeneratami. Za pierwszym razem strażnicy popełnili błąd i pozwolili im podejść za blisko. Tylko niewielu miało broń palną, a nawet Ci posługiwali się nią z wyraźnym trudem. Mięsożercy. Prymitywni ale niezwykle szybko uczący się drapieżcy. Plutonowy Patrick McCoy z niechęcią spojrzał na zawinięte w worek zwłoki. Będzie do badań. Dobrze że przynajmniej giną jak ludzie. Dwie, trzy kulki i już można się brać za następnego. Jeszcze tylko trzy tygodnie służby, i w końcu będzie mógł wrócić na kilka tygodni do rodzinnej Atlanty. Tam też pewnie mają problemy z tym Molochowym ścierwem. Odkąd udało im się zlokalizować ten magazyn, stracił już dwóch ludzi, a kilku odniosło dość solidne rany. Teraz, patrząc jak pokryte tytanem zęby piły tarczowej przegryzają się przez zbrojeniowe pręty, miał ogromną ochotę rzucić to wszystko w cholerę i zwiać do bazy. Cholerne rozkazy…

* * *

Chyba nigdy nie zrozumiecie jakie to ważne! – starsza kobieta uderzyła pięścią w biurko –Przypominam wam, panie plutonowy, że na mocy rozkazów pana przełożonych oficjalnie podlega pan burmistrzowi tego miasteczka. Skoro podlega pan mnie, to będzie pan zmuszony wykonać moje polecenia. Wy, ludzie z Posterunku myślicie że wystarczy wysłać od czasu do czasu patrol, i wdzięczne miasteczko odda wam z chęcią kilku rekrutów oraz połowę zapasów żywności. A potem front się przesunie, albo Ruchome Miasto zmieni położenie, i zostaniemy tutaj sami, z masą problemów na głowie i ludźmi, którzy chcą się czuć bezpiecznie. I ja mam zamiar im te bezpieczeństwo zapewnić. Jasne! Jesteśmy wdzięczni za broń, amunicję i instruktorów. Ale jeszcze ta jedna jedyna rzecz musi zostać spełniona. Tu chodzi o symbol. Niech pan już sam wykombinuje jak to zrobić.

* * *

„No i wykombinowałem. W mordę…” Plutonowy mruknął do siebie rękoma odginając pordzewiałe pręty. Ekipa ostrożnie przeczesuje przysypany budynek. Kilkanaście minut niepewności…Jest! Zakurzone, opakowane w foliowe worki pakunki wędrują wprost do zaparkowanego samochodu. Konwój rusza gwałtownie. Jerry kilkoma seriami z M60 zagrał dla mutków pożegnalną melodię. Wkrótce kolumna przedarła się przez zagracone drogi. Wreszcie wolna przestrzeń. Jerry zabezpieczył karabin i zamknął właz.

„Ale pan to nieźle wykombinował, panie plutonowy, z tym starym magazynem z ubraniami dla pracowników McDonald’s.”

* * *

Burmistrz Huang z balkonu doprowadzonego do porządku ratusza przypatrywała się stojącym w dwuszeregu ludziom. Nowa milicja, wyszkolona i uzbrojona przez specjalistów przysłanych przez Posterunek, doskonale prezentowała się w swoich nowych mundurach: Czarnych spodniach i czerwonych koszulach. Będą doskonale widoczni w gromadach ludzi zajeżdżających tutaj w dni targowe. Będą wzbudzać szacunek i strach, jako stróże prawa w tym skromnym miasteczku. Będą symbolem nowej władzy. Symbolem bezpieczeństwa.