"Z cienia wychodzi wysoka, przesadnie wyprostowana kobieta ubrana w granatową szatę, której skraj pokryty jest zaschłym, popękanym błotem. Szeroki kaptur naciągnięty na głowę pozwala ujrzeć twarz dopiero w bezpośredniej odległości. Siwe, niemal białe włosy, gdzieniegdzie poprzetykane czarnymi pasmami wydostają się spod kaptura w postaci gęstej grzywki, opadającej na przenikliwe, niesamowicie błękitne oczy zdające się spoglądać z taką intensywnością, jakby chciały przeskanować obserwowaną osobę, niemal przepalić ją na wylot. Twarz – nieruchoma, jakby gipsowa maska pełna zmarszczek i bruzd, z której nie sposób odczytać jakichkolwiek emocji. Ruch ust, które wyglądają jakby kobieta bez przerwy zaciskała zęby, jest prawie niewidoczny, w niczym nie zaburzając układu twarzy. Pstrokata chusta przewiązana pod brodą nie jest w stanie ukryć kołnierza ortopedycznego, okalającego i utrzymującego szyję w odpowiedniej pozycji."
Starsza Pani Aniołowa to postać stworzona w ramach konkursu na Bohatera Niezależnego w polskim projekcie gry komputerowej "Scamper" Świat przedstawiony w grze, będący mieszanką klimatu postapokalipsy i cyberpunku ma w sobie dość wiele wspólnego ze światem Neuroshimy, aby postać tworzona w takim settingu mogła dostarczyć odpowiednich inspiracji. Zapraszam serdecznie do zapoznania się z tekstem:
Miami to kraina kontrastów. Znajdziesz tam prawdziwych twardzieli i podstępnych świrów. Znajdziesz białych, czarnych, żółtych, szczurów lądowych i wilków morskich. W tej całej menażerii znajdzie się też Jose – faceta, który swoje życie poświęcił pewnej idei politycznej.
Jakiej? Zapraszam pod poniższy link. Tekst opublikowany w e-czasopiśmie „Gwiezdny Pirat” z Portalowej fabryki.
„Spośród całej taplającej się w błocie gromadki państwa Taranto, Jose szybko wyrósł na niekwestionowanego bohatera i cichego przywódcy, za pomocą swoich starszych i większych braci kierując pozostałą czeredą. Już wtedy zasłynął ze swoich wypraw na plantacje, skąd przynosił soczyste owoce i drobne gamble, znajdywane lub podkradane niewolnikom. Nie wiesz jeszcze o jakiej krainie mówię? Błoćko, tropiki, chmary komarów i plantacje – toż to Miami pełną gębą. Miami, bejbe! Tam właśnie mały Taranto, dotknięty niewątpliwą biedą i masami nieszczęść, jakie z reguły dotykały biedotę, zdobywał swoje cenne doświadczenie, wyróżniając się wolą życia i szerszymi horyzontami. Zwiał z domu, zanim dosięgła go gorączka błotna, która całkowicie przetrzebiła jego rodzinę. Szlify zdobywałw bogatszych dzielnicach Miami, gdzie nauczył się być niewidoczny, a sam widzieć więcej niż inni.”
Tekst ten bierze udział w inicjatywie blogowej pt "Puszka Pandory"
Zajazd u Benjamina był miejscem spotkania wszystkich okolicznych traperów. Za niewielką prowizję, mogli wystawiać swoje towary na placu przed budynkiem. Członkowie karawan, które zatrzymywały się nieopodal, mieli doskonałą okazję do nabycia wysokiej jakości tanich skór. Dla Marcusa dzień zapowiadał się wyjątkowo pomyślnie. Nocne polowanie było wyjątkowo obfite, ktoś na poboczu zostawił zniszczony samochód, w którym znalazł kanister z kilkoma litrami paliwa, a jeden gościu, który przybył niedawno z karawaną z Salt Lake, wykupił prawie cały jego zapas skór z dzikich świń. Traper popijał właśnie piwo, gdy do jego stoiska podeszła kolejna grupa ludzi. Jeden z nich, nieco otyły brodacz w czapce z daszkiem, poprosił go o pokazanie wiszącej na ogrodzeniu skóry baribala. Marcus chciał właśnie podać mu miękkie futro, gdy nagle bez ostrzeżenia rzucił się na niego, przewracając na ziemię. Kilkukrotnie uderzył go w twarz, zanim obalony przeciwnik nie zaczął się bronić. Traper wyrwał ukryty w cholewie buta nóż. Nie zdążył zamachnąć się na swojego niedoszłego klienta, gdy otaczający go ludzie złapali go i obezwładnili. Marcus leżał na ziemi, przygwożdżony przez silne ramiona innych traperów. Oszalałym spojrzeniem wodził dookoła, próbując się wyrwać. Pokryte pianą i krwią usta otwierały się i zamykały, jak u wyciągniętej z wody ryby. Ktoś pomógł wstać zaatakowanemu członkowi karawany. - Co się dzieje! To już czwarty facet, który zaatakował cię bez ostrzeżenia…
* * *
- Marcus! Co się z tobą stało. Czy ty oszalałeś! Gdyby nie chłopaki, to zarżnął byś tego kierowcę jak prosiaka. Świadkowie mówią, że gościu nic ci nie zrobił! Poprosił o pieprzoną skórę niedźwiedzia. – Clarc Benjamin spoglądał z góry na skutego mężczyznę, którego wrzucono do stalowej klatki na zwierzynę – Dlaczego zaatakowałeś tego faceta? - Panie Benjamin, ja … niewiele pamiętam. Podawałem mu tę przeklętą skórę, kiedy nagle poczułem, że muszę go zabić. Nienawidziłem tego gościa z całego serca, a przecież go nigdy wcześniej na oczy nie widziałem. Po prostu, nagle dziwnie się poczułem, oczy zaszły mi mgłą. Czułem się jak pijany. Nie miałem kontroli nad własnym ciałem. - Kretynie! O czym, ty gadasz… z resztą, nic mnie nie obchodzi, czy miałeś motyw, czy nie, ani co ci ten gościu kiedyś zrobił. Wszedłeś na teren mojego zajazdu! Nadużyłeś mojej gościnności! Miałeś nóż, a przecież każdy, kto chce wejść do środka, zostawia broń w depozycie. To się tyczy też pieprzonych traperów! – właściciel zajazdu kopnął ze złością w hartowane pręty klatki – Zasady są jasne, a ty je złamałeś. Rekwiruje cały twój towar, a ty będziesz przez tydzień zapieprzał tutaj jak niewolnik. Na oczach gości z karawany z Salt Lake. Niech zobaczą, że panuje nad sytuacją. Tu, gnojku, chodzi o moją reputację, i reputację tego miejsca! Kiedy z tobą skończę, nie chcę cię tu więcej widzieć. Zbliżysz się do zajazdu, a moi chłopcy odstrzelą ci jaja… rozmawiałem o tym z pozostałymi traperami. Nie licz na to, że któryś z nich się za tobą wstawi. Mam nadzieję że rozumiemy się jasno, śmieciu!
* * *
- Widzieliście, jak się na niego rzucił. To jest jakaś chora sytuacja. Znaczy, Chuck to dobry chłopak i świetny kierowca. Nie widziałem, żeby komuś zawadzał, ale to już czwarty gość, który ot tak, po prostu, zupełnie bez ostrzeżenia próbował wbić mu twarz w mózg. A jeszcze dziwniejsze jest to, że Chuck potem za każdym razem siedzi na dupie, do nikogo się nie odzywa i wpatruje się gdzieś w przestrzeń, jakby odleciał. To wszystko jest naprawdę nienormalne…
Kierowca Chuck
Z Chuckiem dzieje się coś dziwnego. Urodził się w jednej z zapyziałych osad na wschodnim wybrzeżu. Jako młody chłopak, wraz z braćmi udało mu się naprawić starą ciężarówkę. Wozili nią różne rzeczy, wynajmując się każdemu, kto miał czym zapłacić, a potrzebował solidnego transportu. I tak właśnie mijały kolejne lata wegetacji Chucka. Aż do czasu wypadku. Nie wiadomo, co było jego przyczyną. Pamiętał, że ktoś krzyczał. Słyszał strzały, a potem coś z ogromnym impetem wbiło się w jego pojazd, który wypadł z drogi i zsunął się do głębokiego rowu na poboczu. Uwięziony w środku kierowca stracił przytomność. Ocknął się w swojej zniszczonej ciężarówce, setki kilometrów dalej, na przedmieściach zrujnowanego Salt Lake. Był przerażony i zdezorientowany. Wyglądał na o wiele starszego, niż w momencie wypadku. Wciąż miał na sobie stary kombinezon strażaka – wypłowiały i pokryty rdzawymi plamami jego własnej krwi. Czuł się zupełnie zdrowy, mimo iż na twarzy i ciele znalazł kilka dobrze zabliźnionych znamion po obrażeniach, których musiał doznać w czasie wypadku. Mgliście pamiętał o wydarzeniach poprzedzających kraksę. Za każdym razem, gdy próbował pamięcią wrócić do starych wspomnień, narażał się na potworny, pulsujący ból w skroniach. Udało mu się opuścić zniszczony wrak, i bezpiecznie dotrzeć do położonej niedaleko osady. Od tamtej pory wielokrotnie padał ofiarą dziwnych napadów. Ludzie, którzy z pozoru wyglądali ufnie, bez żadnego ostrzeżenia atakowali go, gdy tylko znalazł się w ich pobliżu. Po każdym takim incydencie, zapadał w dziwne otępienie, podobne do narkotycznego snu.
Samochody Ciężarówki Wypatrywanie Odporność na ból
* * *
O! Smoluch! Szukałem cię. Mam dla ciebie nowe informacje. Udało mi się spotkać z moim informatorem, który ma kontakty w Posterunku. Podobno wykryli coś ciekawego. Moloch wypuścił jakieś nowe świństwo. Nic nowego podobno, standard z mieszaniem w gospodarce hormonalnej. Posterunkowi złapali gościa, który bez przerwy prowokował jakieś bójki. Wiem, że takich kretynów jest na pęczki, ale ten był jakiś wyjątkowy. Podobno nic nie robił i nic nie mówił. Wyglądał jak ofiara losu. Ale od czasu do czasu ktoś w jego obecności zamieniał się w prawdziwe dzikie zwierze, które z zębami rzucało mu się do gardła. Też nikt by się nie zdziwił, po co trzeci frajer na pustkowiach to psychol, gdyby nie fakt, że jak odciągnęli gościa, i na miejsce wpadł miejscowy sędzia, ten też rzucił się nagle rzucił się na tego przygłupa. Prawie odstrzelił mu łeb. Jeden z gapiów wpadł na pomysł, żeby tego prowokatora zatrzymać. I tak jakoś fama poszła w świat i dotarła do gości, którzy z ramienia Posterunku jeździli w tylko im wiadomych sprawach tak daleko na południu. Zawinęli zatrzymanego i dostarczyli go do Wędrownego Miasta. Tam się nim zajęli medycy, i wyszło im, że gość wraz z potem wydziela substancję, która działa na szczególnie wyczulone osoby, wywołując u nich niesamowity wybuch agresji względem mutka. Śmieszna i bezsensowna sprawa, ale coś czuję, że w tym jest jakieś drugie dno. I wiesz co się wczoraj dowiedziałem? W zajeździe u Benjamina, była wczoraj jakaś mała rozróba. Ten sam scenariusz. Kierowca karawany. Jadą w stronę Salt Lake. Myślę, że możemy się tym zająć. Wiem, że będzie trudno, ale trzeba coś z tym ścierwem zrobić. Mutek to mutek…
Mężczyzna ostrożnie zbliżał się do obozowiska. Małe ognisko powoli dogasało. Wszędzie ślady walki, doskonale widoczne mimo słabego światła – poroztrącane kamienie, wgłębienia w ziemi, strącony z haka czajnik z wodą, który leżał kilka metrów dalej. Ślady krwi. Porzucony rewolwer. Dwie lufy dwururki podążały za krwawą ścieżką. Ostrożnie jak poprzednio mężczyzna powoli kluczył pomiędzy pozostałościami dawnego miasta. Zachodzące słońce nie dawało wiele światła, lecz wyraźny zapach krwi utwierdzał go, że wciąż podąża makabrycznym tropem. Po kilkunastu metrach przystanął i zamarł. Dźwięki. Mlaskanie. Ciche jęki. Szuranie. Dwa susy i człowiek stanął oko w oko z ogromną pumą posilającą się upolowaną właśnie ludzką zdobyczą. Wychudzone bydle musiało być niesamowicie głodne skoro tak bardzo zajęło się ofiarą, że zapomniało o pierwotnych instynktach. Nie było czasu na celowanie. Bestia obróciła się momentalnie szczerząc zakrwawione kły. Szykowała się do skoku. Lewa lufa. Kula przeznaczona pierwotnie do otwierania zamkniętych drzwi trafiła zwierze między łopatki przygniatając swym impetem do ziemi. Nie było czasu sprawdzać czy kręgosłup pękł. Strzelec doskoczył do oszołomionego kota wbijając mu w głowę lufę strzelby. Prawa lufa. Gruby śrut dobry w sam raz na ludzi. Lub koty. Chmura ołowiu dosłownie zdmuchnęła paskudny łeb. Poziom adrenaliny powoli opadał ustępując potwornemu bólowi. Prawa noga była rozharatana pazurami. Szybka była.
Cichy jęk przykuł jego uwagę. W ciemności nie było nic widać toteż wyszperał z torby starą latarkę kierując strumień światła dokładnie tam gdzie leżała ofiara. Po chwili żałował swego czynu. Był sędzią już czternaście lat i wiele już przeżył, ale widok młodej kobiety, rozerwanej pazurami i kłami sprawił, że się wzdrygnął. Rozorana twarz, niewidzące oczy. Agonia. Mężczyzna zza paska wyjął znaleziony przy ognisku rewolwer. Jedna jedyna kula w bębnie miała być zbawieniem dla swojej niedawnej właścicielki. Strzał. Gdy przysypał zwłoki stertą gruzu i odmówił krótką modlitwę, zawrócił w stronę obozowiska spluwając na ścierwo bestii. Przeszukał porzucony plecak. Nic ciekawego – placki pszenne, kawałek gotowanego mięsa zawiniętego w gazetę. Mały zeszyt i ołówek Na pierwszej stronie znośnym pismem napisane imię i nazwisko. Tak jak się domyślał: ofiara była osobą którą szukał. Dwa dni temu z nieznanych powodów zastrzeliła w barze trzech członków konwoju handlowego. Mężczyzna zgasił ognisko. Przedzierając się przez zrujnowane budowle dotarł do ukrytego w starym garażu motocykla. Było zbyt ciemno żeby jechać. Sędzia odkręcił bak i namoczył kawałek starej chusty w paliwie. Szmatkę rzucił u wejścia. Zwierzęta unikają miejsc, które pachną jak benzyna. Wejście zabarykadował starą szafą i kilkoma porządnymi kawałami gruzu. Nie mógł zasnąć toteż posilił się znalezioną żywnością i zapalił latarkę. Otworzył dziennik na pierwszej lepszej stronie.
„… wiele w życiu widziałam, więcej złego niż dobrego, lecz jedno spotkanie pamiętam szczególnie. Pozwoliło mi uwierzyć, że w tym przeklętym, męskim świecie kobieta może być kimś więcej niż zaspokajaczem potrzeb tych brudnych, wiecznie spoconych świń. Gdy będąc w Oklahomie podczas mojej podróży, przypadkowo weszłam do jednego z warsztatów. Zobaczyłam wtedy tą wysoką, starszą kobietę, z twarzą ubrudzoną smarem, w roboczym kombinezonie i długich siwych włosach splecionych w kok. Z delikatną sylwetką kontrastowały ręce i dłonie – żylaste, nawykłe do wysiłku i ciężkiej pracy. Starsza pani stała przy jakimś skomplikowanym mechanicznym urządzeniu tłumacząc coś młodej dziewczynie…”
* * *
- Tak więc, droga Matyldo, spójrz tutaj – kobieta wskazała palcem na wielkie pokrętło na desce kontrolnej maszynerii – zobacz na jaką wartość ustawione jest miernik. 20. Parzyste oznacza że…? Młoda dziewczyna zamyśliła się marszcząc piegowaty nos.
- To oznacza…hmm… że musimy jeszcze włączyć chłodzenie wodą i zmniejszyć ilość obrotów. - Brawo! Widzę, że robisz postępy. A teraz zrób sobie przerwę. - Kobieta spojrzała w stronę drzwi – W czym mogę pomóc? – Zwróciła się do stojącej w drzwiach warsztatu osoby. Kobieta – na oko przed trzydziestką, w zakurzonym, zniszczonym podróżą ubraniu spojrzała nieprzytomnie.
- Ja…przepraszam, ja przy…- kobieta osunęła się na ziemię. Właścicielka warsztatu podbiegła do niej natychmiast Z ust zemdlonej podróżnej popłynęła mała strużka krwi. Z sąsiedniego warsztatu przybiegło kilka osób zaalarmowanych krzykiem małej dziewczynki. Przeniesiono ranną na piętro, gdzie właścicielka miała mieszkanie. Na plecach zemdlonej wyczuła mokrą plamę. Rana pod łopatką wyglądała paskudnie. Cokolwiek mogło to zrobić prawdopodobnie naruszyło płuco a zanieczyszczone tkanki zaczęły ropieć. Trzeba natychmiast się tym zająć.
* * *
„ Początkowo nie wiedziałam co się ze mną stało. Obudziłam się w nieznanym mi pomieszczeniu. Siedziała przy mnie kobieta, którą widziałam w warsztacie. Opowiedziała mi o tym jak zemdlałam i o mojej ranie. Myślałam że się zagoiła. Od kilku dni w ogóle mnie nie bolało. Uspokajający głos kobiety sprawił, że moje bariery pękły. Rozpłakałam się. Przez łzy opowiadałam jak to żołnierze, którzy uciekli z północy, splądrowali naszą osadę. Na moich oczach gwałcili młode dziewczęta. Mnie też. Opowiadałam jak podpalili dom. Jak mordowali. Jeden z nich, uciekając z płonącego budynku ugodził mnie nożem w plecy. Potem półżywa odczołgałam się gdzieś unikając śmierci w płomieniach. Jak uciekałam przed ludźmi z sąsiedniej osady, którzy zamiast nam pomóc, przyszli rabować to czego nie zabrali żołnierze. Jak dotarłam do tego miasta, płacąc za przejazd moim ciałem. Odganiałam te myśli od siebie udając, że nic się nie stało, że nic nie pamiętam. Tymczasem pamiętałam. Po tym jak wszystko już wyrzuciłam z siebie padłam na posłanie. Kobieta pocałowała mnie w czoło i pogłaskała. Nie mówiła że wszystko będzie dobrze. Nie składała czczych zapewnień. Po prostu uścisnęła moją rękę. I poczułam jak siły mi wracają. Spędziłam u niej cały miesiąc. Żywiła mnie i opiekowała się mną. Nauczyłam się kilku rzeczy i pomagałam jej w warsztacie. Aż do czasu pamiętnej wizyty w barze.”
* * *
W barze było tłoczno i duszno, jak zwykle o tej porze, kiedy do tej części Oklahomy zjeżdżali handlarze, chcący wypocząć przed podróżą na północ. Młoda kobieta rozmawiała z barmanem. Przyniosła właśnie kilka części do maszyny nalewającej piwo, które pani Flower naprawiła w swym warsztacie. Do płóciennej torby pakowała otrzymaną w zamian za naprawę żywność. Ponad gwar rozmów wybijały się dwa basowe głosy potężnych mężczyzn kłócących się przy stoliku. Konwojenci z Hegemonii wzbudzali powszechnie strach zmieszany z podziwem. Jeden z nich wyjął właśnie ogromny nóż, ostrzem machając przed twarzą drugiego
- …Tak właśnie głupku. Ten cały pieprzony Teksas to był kiedyś zwykły stan. Rozumiesz idioto!? - Schowaj ten kozik, bo ci go zabiorę i wydłubie nim oczy. Skąd to możesz wiedzieć baranie. Uwagę młodej kobiety przyciągnął pisk. To inni konwojenci złapali właśnie jedną z dziewczyn roznoszących piwo. Byli pijani. Wszyscy ludzie naokoło zajęci swoimi sprawami nie zwracali uwagi na to, że z dziewczyny zerwano ubranie. Nagle potężny huk wystrzału sprawił że wszyscy, łącznie z Meksami padli na ziemię. Jeden z niedoszłych gwałcicieli trzymał się za brzuch. Krew przeciekała mu przez palce. Jego koledzy spojrzeli nieprzytomnie w kierunku kobiety przysłanej przez Sylvię Flower, trzymającej wciąż dymiący rewolwer. Obłęd w jej oczach było ostatnią rzeczą, jaką zdążyli odnotować. Cztery kolejne wystrzały potęgowane akustyką wnętrza wbiły ludzi w ziemię. Kobieta wybiegła z baru. Dwóch mężczyzn już nie żyło. Trzeci w agonii poruszał nogami. Kula zmasakrowała mu twarz. Ludzie zerwali się do wejścia poszukując morderczyni. W mroku nadchodzącej nocy szybko zgubili jej ślad.
* * *
„ Biegłam nie mogąc powstrzymać łez. Nie mogłam patrzeć więcej na to, co te świnie chciały zrobić. Mam nadzieję tylko, że nic nie stało się pani Flower. Barman wiedział że pracowałam u niej. Słyszałam jak strzelali w powietrze i jak mnie szukali. Uciekłam przed siebie. Od czasu do czasu odpoczywając w zakamarkach gruzowisk. Z trudem przedzierałam się przez ruiny w końcu zmęczona opadłam obok resztek obozowiska, jakie znalazłam po drodze. W czajniku było resztka wody. Podpalone suche kawałki drewna i tkanin zajęły się błyskawicznie. Dobrze, że mam trochę jedzenia. Może uda mi się dotrzeć do jakiejś małej osady. Chciałabym jeszcze raz odwiedzić panią Flower. Okazała mi tyle miłości…”
* * *
Samica czarnej pumy zbliżyła pysk do ziemi. Dziwny zapach szybko przykuł jej uwagę. Może tym razem jej się poszczęści. Nie jadła już od dawna a kilka dni temu ledwo udało jej się uciec przed polującym w ruinach człowiekiem. Kula, która miała trafić w serce przeszła na wylot przez udo. Teraz, kiedy przyspieszyła, popędzana głodem, ból ponownie dał o sobie znać. Biegła dalej omijając przewróconą lokomotywę i zmiecione podmuchem resztki stacji miejskiej kolejki. Obolałe płuca napełniały się powietrzem. Żebra i opinająca je skóra falowały w rytm przyspieszonego oddechu. Ponownie wpadła na trop koło wiaduktu i podążała za nim instynktownie wybierając najlepszą trasę. W końcu odnalazła ofiarę. Siedziała przy ogniu, ale to w tej sytuacji nie jest jej w stanie obronić. Puma nie może sobie już pozwolić na strach. Albo ją upoluje, albo sama zginie, padając łupem innych. Była zbyt wycieńczona by zważać na niebezpieczeństwo. W ciemności przygotowała się do morderczego skoku.
* * *
Pani Flower spoglądała w ciemność. Gdzieś tam dziewczyna uciekała pewnie przed ścigającymi ją ludźmi z baru. Nie potępiała ją. Wiedziała o niej wystarczająco wiele, aby ją zrozumieć. Modliła się by dziewczynie udało się uciec. Modliła się w intencji każdej kobiety, jaką miała okazję się opiekować. Liczyła na to, że chociaż część z nich przeżyje.
TECZKA MISTRZA GRY
Od autora: Czas w mojej małej, pseudoliterackiej przygodzie zająć się jakąś postacią, która będzie przedstawicielką płci bardzo niedocenianej w świecie Neuroshimy. Wszakże brutalny świat pełen maszyn i niebezpieczeństw wszelakich nie sprzyja kobietom, będącym, jak niektórzy twierdzą, płcią słabą.
SYLVIA FLOWER
Wygląd zewnętrzny:
Kobieta w wieku ok. 60 lat. Wysoka. Ciało szczupłe, lecz nie delikatne. Zazwyczaj ubrana w robotnicze spodnie i koszulę usmarowaną olejem. Jeżeli gdzieś wychodzi, zakłada dżinsy i gruby błękitny sweter z golfem.
Pomarszczona twarz. Duże brązowe i ciepłe oczy. Miły, wzbudzający zaufanie uśmiech. Włosy koloru całkiem siwego skręcone zazwyczaj w kok przytrzymywany wbitym weń śrubokrętem. Zwykłe, mocne, skórzane buty. Lekko, prawie niewidocznie utyka na prawą nogę.
Trochę statystyk
Imię i Nazwisko: Sylvia Flower
Pochodzenie: Teksas
Profesja: Monter
Specjalizacja: Technik
Cechy: Dr. Quinn/ Zapałki i Agrafka
Choroba: Osteoporoza
Wyposażenie: Zestaw śrubokrętów, Kilka porcji leków. Mała apteczka. Młotek i klucz francuski. Kieszonkowa biblia i medalik ze zdjęciem męża.
Historia:
Historia Sylvii Flower nie odbiega od wielu innych. Łączy w sobie bunt, miłość cierpienie i smutek. Jako młoda dziewczyna, Sylwia uciekła z rodzinnego domu w jednej z osad w Teksasie, aby, jak wielu młodych Teksańczyków kuszonych opowieściami i sławą, zaciągnąć się do walki na froncie. Tam też poznała swojego przyszłego męża – Kpr. Johna Milla. Jednego ze specjalistów rusznikarzy. W czasie jednego z ataków kpr. Mill został ciężko ranny. Konieczna była amputacja.( Właściwie to nie była konieczna, bo zajął się tym wcześniej Łowca) Nie mogący już walczyć Mill został wycofany do Denver, gdzie miał szkolić nowych rusznikarzy. Pogarszający się stan zdrowie ( zwłaszcza stan psychiczny) zmusił małżeństwo do wyjazdu. Osiadli w ruinach miasta Oklahoma. Jednego z głównych postojów na handlowej trasie Północ – Południe. Tam zajęli jeden z budynków. Sylwia leczyła ludzi, a John wykonywał drobne naprawy) Z Czasem udało im się zdobyć kilka urządzeń, które pozwoliły na produkcję amunicji. Podczas próby odzyskania prochu ze starego pocisku nastąpiła eksplozja która poważnie poraniła Johna ( Jeden z odłamków wciąż tkwi w nodze Sylvii) Przykuty do łóżka John zmarł kilka miesięcy później. Sylvia znalazła się w opłakanej sytuacji. Opiekowała się dwójką swoich dzieci. A w mieście było już kilku lekarzy. Zebrała więc wszystkie ksiązki jakimi dysponował jej zmarły mąż. Dzięki temu, że często mu pomagała, znała pewne podstawy. Wytrwała praca i nabywane doświadczenie wkrótce zaprocentowało. Wciąż prowadziła warsztat. Naprawiała broń i składała nową amunicję. Udało jej się zgromadzić fundusze pozwalające na wysłanie swoich dzieci do Nowego Jorku ( wychowywały się u zaprzyjaźnionego dostawcy surowców do produkcji amunicji)
Ciekawostki:
Sama będąc kobietą ciężko doświadczoną przez życie założyła w swoim warsztacie przytułek dla młodych kobiet. Uczy je przydatnych umiejętności, opiekuje się nimi i próbuje zorganizować im normalne życie w spalonej atomowym ogniem krainie. Sylwia mieszka w części rzemieślniczej. Przed wojną był to kompleks garaży dla sąsiednich osiedli mieszkaniowych. Z osiedli pozostało niewiele, natomiast niskie garaże, chronione parasolem wysokich budynków oparły się falom uderzeniowym rakiet. Garaże doskonale nadawały się na warsztaty. Z czasem powstała tam dzielnica skupiająca monterów i mechaników. Zgromadzeni są w formie quasi cechu – mają swoją radę, płacą niewielkie składki, a nawet zatrudniają kilku ludzi do ochrony. Rada decyduje również o przyjęciu nowego mieszkańca do dzielnicy. Godnym uwagi jest specyficzny podział specjalizacji. Rada stara się zapewnić szerokie spektrum usług. Każdy z mieszkających tam monterów i techników specjalizuje się w innej dziedzinie, przez co nie ma problemu konkurencji. Z usług cechu korzystają przede wszystkim podróżujące przez te tereny konwoje a także mieszkańcy. Sam cech utrzymuje kontakty handlowe z wieloma miastami, sprzedając swoje produkty oraz wysyłając specjalistów. Rozwinięto nawet dość pokaźnie zaplecze ludzi zbierających surowce. Ludzie Ci zamieszkują sąsiadujący z cechem trójkondygnacyjny budynek dawnego domu kultury. Sylwia, na dachu garażu wybudowała dodatkowe piętro służące jej za mieszkanie. Natomiast za zgodą rady zajęła sąsiedni garaż, gdzie zorganizowała miejsce dla pokrzywdzonych kobiet. Wstawiła tam kilka piętrowych łóżek oraz parę mebli. Kobiety pracują dla niej oraz wykonują niewielkie prace dla samego cechu. W zamian Sylvia otacza je opieką, karmi i uczy. Ta wspaniała kobieta stała się symbolem niezłomności, dobroci i ciepła.
Dochody, czyli za co postać żyje:
Sylwia zasłynęła wśród handlarzy jako niezła ( choć nie najlepsza ) rusznikarka. Szczególnie jedna inwestycja tej przedsiębiorczej kobiety zrobiła furorę. Przeglądając kiedyś stare gazety o broni i amunicji Sylwia znalazła artykuł o służbach prewencyjnych stosujących gumową amunicję. Rozpoczęła w swoim warsztacie produkcję. Początkowo nie było chętnych, do czasu nawiązania kontaktów handlowych z Federacją Apallachów i Nowym Jorkiem. Tam życie ludzkie było zbyt cenne, aby zabijać buntujących się ludzi. Krążą pogłoski, że również łowcy niewolników zainteresowali się ostatnio taką amunicją. Sylvia pracuje nad stworzeniem gumowych lub drewnianych kul do strzelb śrutowych
Drugim ważnym dla niej przedsięwzięciem była produkcja taniej broni palnej, która chętnie była by kupowana przez mieszkańców ubogich osad. Wykonywane przez nią strzelby rurowe na pociski 9mm są chętnie kupowane przez biednych osadników lub myśliwych.
Strzelba wykonana z dość solidnych materiałów ( Sylvia osobiście kontroluje i wytwarza wszystkie) Bardzo często używa się do nich części ze zniszczonej broni, co zapewnia lepszą jakość. Prosty, zmodyfikowany zamek: odciągnięcie języka zamka ujawnia komorę na nabój 9mm i jednocześnie napina sprężynę iglicy. Po włożeniu naboju należy przesunąć język zamka do przodu i zablokować go dociskając w dół. Umieszczone a stałe przyrządy celownicze pozwalają na jako takie celowanie na odległość do 60 metrów. Sylvia wszystkie stworzone przez siebie egzemplarze oznacza blaszką z literą „F” wbijaną w łoże. W broni nie ma przyrządów blokady iglicy, więc użytkowanie jej wiąże się z ryzykiem. Sama jakość materiałów, mimo starań twórczyni, również pozostawia wiele do życzenia. Broń jest dość zawodna. Lecz stanowi idealny wybór dla biednych myśliwych i farmerów chroniących swoje uprawy i stada lub chcących ochronić dom. Sylvia prowadzi pracę nad stworzeniem strzelb na nabój 5.56 mm oraz broni krótkiej na nabój śrutowy.
Parametry strzelby rurowej
Parametry:
Obrażenia:Lekkie
Kaliber: 9mm
Nabój: 9x19 Parabellum
Punkty przebicia: 1
Wymagana budowa: 10
Szybkostrzelność: 1
Pojemność magazynka: 1
Cena: 25 Gambli
Reguły specjalne: Zawodny (Feralny rzut na zacięcie 13-20. Przy wyniku 20 broń ulega zniszczeniu – lekka rana dla użytkownika (opcjonalne) ). Jednonabojowy – ładowanie = 3 segmenty, Niecelny ( +20%)
Zadania:
Jeśli postać gracza jest kobietą, może liczyć na przychylność Sylvii, ciepły posiłek i nocleg. Korzystniejsze jest, jeżeli kobieta załatwiała z nią interesy( możliwe lepsze utargowanie cen)
Sylvia znana jest w Nowym Jorku i Federacji ze swej amunicji, która używana jest tam przez służby porządkowe. Warto zdobyć trochę tej amunicji i sprzedać ją z zyskiem w którejkolwiek dobrze rozwiniętej osadzie.
Broń produkowana przez rusznikarkę to też dobra inwestycja dla graczy pozbawionych chwilowo czegoś lepszego poza kawałkiem stalowej rury.
Sylvia chętnie zdobędzie gamble pozwalające jej na rozwinięcie swych umiejętności – książki rusznikarskie, gazety, wykresy i schematy.
Zadanie „Specjalne wiertło”: Sylwia chętnie wejdzie w posiadanie wiertła pozwalającego jej na gwintowanie luf. Możesz wykorzystać to aby umieścić je w jednym z zadań. Niech nie będzie łatwe, bo nagroda może być obiecująca: Amunicja, strzelby, usługo lub kilka przydatnych lekcji które zwiększą umiejętność rusznikarstwo o 1-2 punkty. Jeżeli gracze zdobędą wiertło, to produkowane przez panią Flower strzelby nie będą miały kary do celności.
Sylvia ma ogromne problemy zbólem nogi, w której utkwił odłamek. Chętnie kupi środki przeciwbólowe. Wiek i warunki pracy znacznie pogorszyły percepcję rusznikarki. Chętnie kupi okulary które pomogły by skorygować jej wadę wzroku.
Tekst ten napisany został na konkurs na Neuroshimowego Bohatera Niezależnego, organizowany przez portal fantastyczny Gameexe. Ponieważ cały tekst został opublikowany tamże, nie chciałbym dublować go, szanując pierwszeństwo portalu. Poniżej prezentuję króciutki fragment tekstu, a pod spodem znajdziecie bezpośredni odnośnik do całości, zamieszczonej na portalu Gameexe. Przepraszam za utrudnienia.
"Coś dziwnego przykuło uwagę Diany. Nie mogła uwierzyć w to co widzi. Nadpalona plandeka poruszyła się. Coś tam się rusza! Coś zdarło resztki brezentowej osłony, odsłaniając… o mój Boże…To Juggernaut! Widziała takiego na wojskowych grafikach, jakie pokazał jej kiedyś dawny chłopak, który przepadł gdzieś później na Froncie. Poznałaby tę bestię wszędzie. Ogromy, budzący grozą gąsienicowy pojazd, obudowany wieżyczkami pomiędzy którymi znajdował się ludzki korpus.
Hybryda kręciła się prze chwilę, jakby zastanawiała się co się dzieje, po czym stalowe ramiona zerwały blokady, i pojazd stoczył się na ziemię, wywołując odczuwalne wstrząsy. Sprzężone karabiny osadzone w wieżyczkach napełniły powietrze strumieniem rozgrzanego ołowiu, który z iście chirurgiczną precyzją masakrował bandytów pozbawionych solidnej osłony. Klapa jednej z wieżyczek odsunęła się, i w kłębach dymu z charakterystycznym cmoknięciem kilka 40 milimetrowych granatów poszybowało w kierunku innej grupy napastników, umykającej z zajmowanych wcześniej stanowisk. Kilka eksplozji później nie było już nikogo kto z tej strony mógłby próbować uciec. Główne działko obróciło się jeszcze kilka razy, posyłając krótkie serie, po czym zamilkło i stanęło w miejscu. Na polu bitwy zapadła cisza. Pozostali przy życiu Posterunkowcy gapili się na maszynę, bojąc się wykonać najdrobniejszy ruch..."
Mężczyzna zabrudzonym rękawem koszuli otarł spocone czoło. Panujący na zewnątrz upał z pewnością nie ułatwiał mu pracy. Ostrze specjalnej antystatycznej piły mozolnie przegryzało się przez skorodowany stalowy korpus. Pociski rakietowe typu „powietrze – ziemia” należały do względnie stabilnych, ale przy takich uszkodzeniach należało zachować szczególną ostrożność. Ostatnie mocowanie puściło dość szybko. Powoli podważał osłonę głowicy. Kilka centymetrów dzieliło go od niebezpiecznego wnętrza pocisku. Kąciki ust uniosły się lekko, gdy zauważył prawie nie naruszony mechanizm detonacyjny. W takim stanie robota pójdzie mu już z górki. Nie zdążył dokończyć myśli, gdy nagły błysk eksplozji pozbawił go zmysłów.
* * *
Imię: Mark Ahmad Nazwisko: Fadeel Pochodzenie: Człowiek z …nie twój zasrany interes Profesja: Kaznodzieja Nowej Ery Specjalizacja: Technik Umiejętności: Mat. wybuchowe, Elektronika, Mechanika Choroba: Okaleczony
Wyposażenie: Dwie buteleczki ze środkami uśmierzającymi ból, okulary przeciwsłoneczne, rewolwer S&W 38, trzy naboje, podniszczony Koran.
===HISTORIA===
Mark Fadeel był małym dzieckiem, gdy rozpoczął się bunt maszyn. Mieszkał wraz z trójką rodzeństwa w jednej z biednych dzielnic Chicago. Jego ojciec, potomek pakistańskich imigrantów, prowadził mały zakładzik ślusarski. Matka zmarła zaraz po porodzie najmłodszego syna. Tą ponurą i pełną wyrzeczeń egzystencję przerwał atak bombowy na centrum Chicago. Zautomatyzowane bombowce ominęły początkowo biedniejsze dzielnice, dzięki czemu część ich mieszkańców zdołała zbiec. W czasie przedzierania się przez pełne uciekinierów ulice, od ojca i młodego Marka oddzieliła się reszta rodzeństwa. Przepadli bez wieści. Przez kolejne kilka lat część uchodźców błąkała się po bezdrożach, ukrywając się w pośpiesznie opuszczanych fabrykach lub wegetując pod gołym niebem. Ataki chemiczne i biologiczne, promieniowanie i głód zbierały śmiertelne żniwo. Ojciec Marka dzięki znajomości mechaniki podłączył się do wycofującej się z północy grupy amerykańskich dezerterów. Pracował dla nich kilka lat dopóki nie zmogła go gruźlica. Wtedy to strzałem w tył głowy podziękowano mu za współpracę. Dorastający Mark który pod okiem ojca zdobywał mechaniczne umiejętności, został siłą wcielony do zdziesiątkowanego oddziału, który z dumnych amerykańskich żołnierzy przemienił się w bandę zdegenerowanych bandytów. Po ojcu, oprócz talentu technicznego, odziedziczył pokaźną torbę na kółkach oraz zestaw narzędzi. Przeglądając odziedziczony dobytek odnalazł kilka starych książek, w większości napisanych po angielsku. Dzięki nim zdobył podstawy wiedzy o materiałach wybuchowych i elektronice, które następnie rozwinął korzystając z resztek wiedzy jaką dzielił się z nim dawny sierżant wojsk inżynieryjnych znany wówczas jako Jednooki Bill. Staruszek przygarnął młodzieńca traktując go jak syna. Mark chłonął wiedzę z ojcowskich książek. Angielskojęzyczną wersję Koranu studiował dość niechętnie, tylko ze względu na pamięć o ojcu, który zawsze gorąco go do tego zachęcał. Zagadką pozostawał pamiętnik ojca spisany w języku jego dziadków. Wkrótce nadszedł długo oczekiwany dzień w którym młody Mark miał zemścić się za śmierć ojca. Podczas jednej z potyczek z teksańską milicją trzy wozy bojowe stanowiące główną siłę uderzeniową dezerterów wyleciały w powietrze. Za cenę wolności młody mechanik, oraz kilku ludzi skupionych wokół Jednookiego Billa, postanowiło zdradzić dotychczasowych towarzyszy. Teksańczycy nie zamierzali jednak dotrzymać umowy i wolność trzeba było okupić ciężką walką w okrążeniu. Ranny Mark, który po swoim ojcu przyjął również imię Ahmad, widział jak ścięty serią Jednooki Bill osłaniał odwrót pozostałych przy życiu bandytów. Tułający się później samotnie młodzieniec dołączył do rolniczej karawany wiozącej żywność w kierunku zachodniego wybrzeża. Osiedlił się w enklawie Roanoke zbudowanej na gruzach miasteczka o takiej samej nazwie.
===CZASY OBECNE:===
Przed wypadkiem
Mark Ahmad Fadeel to osoba powszechnie znana w handlowym forcie Roanoke. Dzięki swoim umiejętnościom szybko uzyskał coś na kształt wysokiego statusu społecznego. Zajął stary magazyn części do maszyn rolniczych. Odratowane przez niego podzespoły schodziły jak świeże bułeczki. Dość szybko ożenił się i spłodził dwójkę dzieci. Po kilku latach zapasy rolniczego żelastwa poważnie się uszczupliły, a zwykłe naprawy nie satysfakcjonowały go. Przerzucił się więc na wtórne wykorzystanie surowców - a konkretniej na odzyskiwanie materiałów wybuchowych z setek niewypałów zalegających pośród zgliszczy okolicznych miast. Odzyskiwany w ten sposób materiał trafiał głównie do licznych kopalni w Federacji Appalachów. Wkrótce rodzina Fadeel uchodziła za jedną z bogatszych i bardziej wpływowych w osadzie. Niestety dość duże zyski wiązały się z jeszcze większym niebezpieczeństwem. Wielokrotnie wysyłane po „surowiec” ciężarówki wylatywały w powietrze. Pewnego upalnego dnia senną osadą zatrzęsła potężna eksplozja. Znajdujący się na uboczu stary magazyn przekształcony na warsztat został praktycznie zmieciony z powierzchni ziemi. Wybuch wyrwał potężną dziurę w złomowej palisadzie otaczającej osadę. Okoliczne domy zawalały się grzebiąc pod gruzami mieszkańców. Zginęło siedemnaście osób. Wielu odniosło rany. Zadziwiające było to, że znajdujący się w samym epicentrum wybuch Mark Ahmad przeżył. Potwornie okaleczonego i skrajnie wycieńczonego wyciągnięto z gruzów po dwóch dniach. Od tego czasu wiele się zmieniło.
Po wypadku
Obrażenia które odniósł w czasie eksplozji praktycznie uniemożliwiły mu jakąkolwiek pracę. W czasie gdy dochodził do siebie nastąpiła w nim duchowa przemiana. Całe dnie studiował odziedziczony po ojcu Koran. Jego dorastający syn, którego od najmłodszych lat uczył technicznego rzemiosła, był już w stanie zastąpić zniedołężniałego ojca. Pomimo sprzeciwu społeczności Roanoke syn Marka Ahmada również zajął się wydobywaniem materiału wybuchowego z niewypałów. Okaleczony ojciec, gdy tylko odzyskał siły wydatnie mu w tym pomagał służąc radą i doświadczeniem. Głównym jego zajęciem po wypadku było uliczne nauczanie prawd które poznawał studiując Koran. Religia przyjęta została dość niechętnie, jednak powoli zyskuje nielicznych zwolenników. Sam Mark Ahmad zaczął żyć według wyczytanych w piśmie słów. Pojął za żony dwie kobiety które straciły partnerów w spowodowanym przez niego wybuchu. Coraz częściej spotkać go można na głównym placu handlowym, gdzie często naucza korzystając z dość licznego audytorium. Społeczność Neomuzułmanów jest wciąż nieliczna, lecz powoli zyskuje coraz większą liczbę uczestników.
===WYGLĄD ZEWNĘTRZNY===
Mark Ahmad Fadeel jest niewysokim, lekko siwiejącym mężczyzną. Wybuch dość potwornie go okaleczył: Brak mu prawej ręki urwanej aż do barku, prawa część twarzy jest potwornie poparzona: z trudem można rozpoznać linię ust oraz miejsce w którym kiedyś było oko. Lewa część twarzy jest tylko delikatnie pokiereszowana. Nosi krótką kruczoczarną brodę Odłamki tkwiące głęboko w nogach sprawiają że dość znacznie utyka. Ma nienaturalnie pochyloną sylwetkę. Zdrową rękę zazwyczaj opiera na profesjonalnej medycznej kuli która pozwala mu odciążyć obolałe nogi. Zwykle nosi znoszone ciemnozielone sztruksy oraz czarny podkoszulek z zaszytym prawym rękawem. Na ramieniu nosi brezentową torbę w piaskowym kolorze, w której trzyma Koran, leki oraz broń – stary rewolwer S&W 38 który czasem ma zatknięty za pasek.
===PRZYKŁADOWE HACZYKI DO SESJI===
Mark jest liderem małej neomuzułmańskiej społeczności. Nie podoba się to kilku ważnym osobom w Salt Lake…
Ogromna wiedza nt. materiałów wybuchowych, mechaniki i elektroniki wydaje się niezwykle atrakcyjna. Mężczyzna jednak niezbyt chętnie chce się tą wiedzą dzielić…
Mark odda naprawdę wiele za protezę. A jeżeli ktoś załatwiłby okaleczonemu mężczyźnie cyberprotezę umożliwiającą ponowną pracę, stanie się automatycznie jego dozgonnym przyjacielem. Rodzina Fadeel wciąż też należy do wpływowych.
Mark Ahmad potrzebuje kogoś kto zna arabski, lub szuka słownika arabsko-angielskiego. Chce rozszyfrować pamiętnik ojca.
Posterunek kompletuje zespół speców który będzie w stanie uzbroić zdobyty właśnie nowoczesny pocisk z niewielkim ładunkiem nuklearnym.
Potężne stalowe drzwi hangaru na niewielkim lotnisku doświadczalnym będą wymagały kilku kilogramów porządnego materiału wybuchowego. Znajomy ochroniarz wie gdzie w okolicy można kupić taką ilość.
Kawał naprawdę żyznej ziemi marnuje się, bo kilka lat wcześniej kilku spanikowanych żołnierzy naszpikowało ją minami spodziewając się ataku Molocha. Nie obejdzie się jednak bez specjalisty.
Hassan Fadeel – syn Marka Ahmada dobrze płaci za wskazanie niewybuchów lub starych pól minowych.
Podburzony tłum wyznawców Allacha chce zlinczować teksańskich kupców których ochraniają gracze. Rozwiązanie siłowe nie jest mile widziane.
Mark Ahmad jest uzależniony od środków przeciwbólowych i płaci za nie naprawdę solidnymi gamblami.
Teksańczycy życzyli by sobie, żeby ktoś w końcu uciszył szalonego kaznodzieje który okazuje im jawną wrogość.
===CIEKAWOSTKI===
Ojciec Marka Ahmada był zwerbowanym przez Al.-Kaidę bojownikiem, który był zamieszany w organizację tragicznych zamachów na bogatych potentatów i przedsiębiorców żydowskich. W latach 2016 – 2019 w serii zamachów bombowych i napadów zginęło łącznie 37 ludzi. Szczegóły znajdują się w napisanym po arabsku pamiętniku. FBI szykowała się do zatrzymania Ahmada, lecz ich plany pokrzyżował początek buntu maszyn.
Mark Ahmad swoje ocalenie przypisuje Allachowi. W rzeczywistości uratowało go to, że pierwszy, niewielki wybuch części materiałów wybuchowych znajdujących się w pocisku odrzucił go na znaczną odległość, a zawalony stalowy dach utworzył dość solidną osłonę. Po kilku sekundach eksplodował pozostały w pocisku materiał , niszcząc okolicę.
Znana powszechnie jest nienawiść Marka Ahmada do Teksańczyków. Jeszcze przed wypadkiem kilkukrotnie opłacał grupę najemników, którzy atakowali karawany z Teksasu.
Z biegiem czasu w wypowiedziach Marka pojawia się motyw Teksańczyków jako niewiernych, którzy zajmują zimie obiecaną która nie należy do nich. Argumenty te coraz częściej zyskują poklask.
* * *
Przez gwar targujących się kupców przebił się mocny i zdecydowany głos. Potwornie okaleczony mężczyzna siedział na pustej skrzynce po pomidorach. W lewej ręce trzymał ciężką księgę. Unosił ją wysoko, tak że promienie słoneczne przelatywały przez przestrzelinę w dolnej części księgi. Jedyne oko jakie posiadał błyszczało od religijnego uniesienia. Mężczyzna spojrzał po zebranych i ponownie podjął kontynuowany wątek.
Gregory ziewnął po raz kolejny, patrząc na strumień ludzi idących w stronę centralnego placu targowiska. W sumie musi postawić Carlosowi duże piwo za załatwienie tej roboty.
Dają jedzenie i spanie a człowiek musi tylko siedzieć na tej wieży i od czasu do czasu krzyknąć na jakiegoś cwaniaczka co się koło kupieckich wozów zbyt nachalnie kręci. Żyć nie umierać.
Dziś, jak zawsze w soboty, było gwarno i tłoczno. Dzień targowy. Do Barter Hill nadciągali kupcy z całych ZSA. Byli karawaniarze 8 Mili , cwaniaczki z Vegas a nawet kilku kupców z Hegemonii. Podobno przyjechał nawet jakiś mechanik z Detroit żeby opchnąć trochę samochodowego stuffu. Słowem jeśli czegoś tu nie znajdziesz, to raczej nie znajdziesz tego nigdzie. W centrum miasta stał ogromny, przedwojenny stadion. Centrum ekonomiczne całego regionu. Krzątający się na jego koronie i błoniach ludzie wyglądali z daleka jak pracowite mrówki chodzące po mrowisku. Na płycie stadionu swoje stanowiska mieli najlepsi z najlepszych. Teren ten otoczony był wysoką siatką poprzetykaną drutem kolczastym. Wchodziło się tam posiadając specjalne zezwolenie. Broń konfiskowali strażnicy. Można tam kupić najdroższe i najbardziej cenne leki i narkotyki. Broń i amunicję najwyższej jakości oraz technologie wydarte maszynom molocha. To tu swoje interesy prowadził Posterunek, Ted Schulz i Nowy Jork.. Im ktoś miał lepsze układy tym bliżej korony stadionu miał swoje stoisko. W handlowych alejkach od czasu do czasu pokazał się kilkuosobowy patrol straży targowej, która pilnowała żeby nie dochodziło do kradzieży czy awantur. Wokół „Handlowego Wzgórza” kwitł handel uboższy, co wcale nie znaczy biedniejszy. W takich miejscach można było znaleźć wiele rarytasów. Wyrwany z połaci ruin plac pełen był gwaru kupców, podróżnych i wojskowych. Za odpowiednią cenę można było dostać tu wszystko. To Mekka Łowców i Handlarzy, punkt zaopatrzenia dla kilku garnizonów i dla pustynnych gangów plądrujących ziemie daleko na południe stąd. W tym zgiełku i hałasie nie trudno było przegapić spadającą bombę, którą zauważono dopiero gdy miała dotknąć ziemi.
Opadająca powoli na spadochronie ciężka stalowa kula na wysokości kilku metrów nad ziemią wypuściła kłęby pomarańczowego dymu. Ciasne alejki nie sprzyjały ucieczce. Ludzie tratowali się nawzajem. Każdy szukając możliwości schronienia trwożnie przypatrywał się jak przedmiot uderza o ziemię. Wybuch nie nastąpił. Górna pokrywa kuli odleciała z hukiem.
Z wnętrza wysunął się głośnik. W powietrzu rozbrzmiał miły głos spikera. W tle leciała wesoła melodia.
„ Chcesz uchronić się przed chemicznym atakiem molocha, lub po prostu masz ochotę odwiedzić kuzyna w Missisipi? Dysponujemy najlepszym sprzętem przeciwchemicznym jaki kiedykolwiek wyprodukowano. Sort przedwojenny i własnej produkcji. Aleja 11, kwadrat 5. Sieć stoisk przy barze Wang Chenga. Pamiętaj! Następnym razem to może być prawdziwy gaz…”
Rozwścieczony tłum rzucił się na stalową kulę okładając ją czym popadnie. Na górnej pokrywie widniała przykręcona tabliczka: „ Jacob Leibnitz – Agencja Reklamowa”
Sprzęt przeciwchemiczny schodził dziś jak świeże bułeczki.
***
Sandra dodała gazu chcąc jak najszybciej dotrzeć do miasta. Pustkowie nie jest najbezpieczniejsze dla samotnej kurierki która właśnie bezmyślnie wywaliła cały magazynek w goniącego za jej motocyklem wilka. Teraz kończyło jej się paliwo i nie miała amunicji, a wszystko przez to że strzelając do tego przeklętego pchlarza przegapiła znak i zjechała na dłuższą trasę. Musi znaleźć jakiś sklep z bronią zanim będzie chciała dostarczyć przesyłkę.
W oddali zamajaczyły ruiny starej przedwojennej metropolii. W trakcie jazdygruzowisko powoli ustępowało miejsca ludzkim zabudowaniom. Ulica też stała się czystsza i mniej zagracona niż na początku. Kilka par nieufnych oczu obserwowało ją, gdy jechała spokojnie ulicami wypatrując handlarzy lub jakiegoś noclegu. W końcu znalazła stary drogowskaz nakazujący skręcić w lewo do którego ktoś dokręcił tablicę z napisem „ Sklep Braci Wattson „ Sandra skręciła w lewo. To co ujrzała zmroziło jej krew w żyłach. Gwałtownie skręciła kierownicą motoru, przewracając się na ziemię. Gdy udało jej się uwolnić nogę zamarła w przerażeniu. Stała przed nią ogromna maszyna Molocha. Stalowy kolos oparty na dwóch ogromnych hydraulicznych nogach. Stalowy korpus po bokach którego na wysięgnikach łypały ku niej groźnie dwie lufy szybkostrzelnego działka. Modliła się szybką i bezbolesną śmierć. Nagle zauważyła w korpusie maszyny dziurę wielkości pięści i charakterystyczne ślady nadpalenia spowodowane pociskiem. Wtedy to stojąca przed maszyną lampa halogenowa oświetliła stalową konstrukcją czyniąc jej wygląd jeszcze groźniejszy. Sandra myślała że zemdleje. Z wnętrza maszyny odezwał się głos:
„ Potrzebujesz broni i amunicji zdolne do powalenia takiego kolosa jak ten? Masz zatarg z sąsiadem lub po prostu twoja teściowa przesoliła zupę ze szczura…nas to nie obchodzi. Obchodzą nas twoje gamble które chętnie wymienimy na masę amunicji i najlepszą broń w okolicy. Bracia Wattson zapraszają. Trzysta metrów na północ. Nie przegapicie !!!”
Na jednym z kaemów przykręcona była tabliczka z napisem „ Jacob Leibnitz – Agencja reklamowa”
***
Jacob Shlomo Leibnitz był zaawansowanym wiekiem mężczyzną średniego wzrostu. Niezwykle chudy. Miał wzorem swego ojca i dziada długą, poprzetykaną pasmami siwizny brodę oraz pejsy wystającespod granatowej jarmułki. Zazwyczaj jest ubrany w długie dżinsowe ogrodniczki pokryte smarem, farbą i opiłkami żelaza oraz czerwono czarną flanelową koszulę z podwiniętymi rękawami. Urodził się w osadzie Jehrusalim założonej przez ocalałych po wojnie przedstawicieli gminy żydowskiej z San Francisco. Swój obecny fach – mechanikę precyzyjną, przejął po ojcu i dziadku, którzy znani byli w przedwojennym świecie z naprawy zegarków i konserwacji innych skomplikowanych i delikatnych urządzeń. Dziad Jacoba będąc już w bardzo podeszłym wieku zginął w czasie ostrzału rakietowego San Francisco. Jego matce, ojcu oraz młodszej siostrze udało się uciec, i po długiej wędrówce założyć wraz z innymi rodzinami dobrze prosperującą osadę. Dzięki kontaktom kurierskim z innymi społecznościami żydowskimi których niewiele ocalało po wojnie, młodemu Jacobowi udało się wyjechać do Nowego Jorku. Tam korzystając z ocalałych książek znacznie pogłębił swoją wiedzę. Przez kilka lat pracował w jednej z kopalń Federacji Apallachów gdzie zasłynął jako świetny mechanik i zdolny konstruktor. Już wtedy w jego głowie narodził się śmiały plan tworzenia mechanicznych reklam. Niedługo potem jego rodzice zmarli na białaczkę będącą efektem choroby popromiennej spowodowanej wędrówką po skażonych terenach. Sam Jacob i jego siostra też nie byli najlepszego zdrowia. Dzięki znajomościom i ciężkiej pracy udało mu się wybudować warsztat na przedmieściach odbudowywanego Memphis. Dzięki licznym podróżom ma kontakty z kilkoma wpływowymi przyjaciółmi.
Jego mała firma w ciągu kilku lat znacznie się rozrosła. Dysponuje trzema filiami w Nowym Jorku, Vegas i Detroit. Aby móc się z nim spotkać trzeba zdobyć specjalne poręczenia w filiach jego agencji. Zamówienia nie są tanie, ale z reguły klienci są zadowoleni. Firma Leibnitza dysponuje znaczną siecią powiązań z łowcami maszyn i zbieraczami. Za części maszyn płacą przede wszystkim w lekach, amunicji, żywności oraz w usługach mechaniki stojącej na wysokim poziomie. Sam Leibnitz osobiście wykonuje większość projektów lub przynajmniej osobiście je nadzoruje. Znana jest współpraca Jacoba z Posterunkiem, który często korzysta z jego perfekcyjnych umiejętności i wiedzy.
INFORMACJE
Imię i nazwisko: Jacob Shlomo Leibnitz
Pochodzenie: Człowiek z…nie twój zasrany interes
Profesja: Monter/Spec
Specjalizacja: Technik
Profesja: Zabójca Maszyn
Cechy: Mechanika/Elektronika
Choroba: Anemia
Budowa: 8
Zręczność: 11
Charakter: 16
Percepcja: 13
Spryt: 17
Wyposażenie: Zestaw śrubokrętów, Witaminy w pastylkach. Kieszonkowa wersja Tory. Medalion ze zdjęciem rodziców. Okulary. Okular techniczy z 5 pięciokrotnym powiększeniem.
Po spękanym asfalcie kroczył powoli człowiek w starej, wytartej kamizelce wojskowej. Zza zgarbionych pleców wystawała lufa niespotykanego i wyglądającego na samoróbkę sztucera. Twarz miał częściowo schowaną za goglami o oliwkowych szkłach. Dookoła głowy powiewały rzadkie kosmyki długich, szarych włosów, choć czaszkę miał prawie łysą. W rękach trzymał przewiązany w pasie kabel, na końcu którego zgrzytała i brzęczała sterta ciągniętych po ziemi i związanych ze sobą elektronicznych części, zdobytych na maszynach Molocha. Szedł powoli, krok po kroku, w stronę lśniącej w oddali osady. Słyszał niesione z wiatrem, niewyraźne odgłosy żyjącego miasteczka, pracujących i bawiących się mieszkańców. W promieniach zachodzącego słońca spostrzegł w końcu dużego osobnika o potężnych ramionach, okutego w stalowy pancerz, który zdaje się czekał na niego. Gdy spotkali się kilkadziesiąt kroków od osady, wędrowiec puścił kabel ze swoim dobytkiem i wyciągnął rękę na powitanie. Dłoń opancerzonego zacisnęła się na jego prawicy z siłą stali. - Czekam tu już dobre trzy godziny. Mam nadzieję że było warto – od razu przeszedł do rzeczy nieznajomy. Łowca uśmiechnął się nieznacznie i wypluł tlący się filtr wypalonego papierosa. - Zasadziłem się dziś na większą sztukę. Myślę, że Posterunek będzie zadowolony. Stalowy wojownik spojrzał na mechaniczne części wleczone przez mężczyznę kiwając głową z aprobatą. - Oczywiście odkupimy je od Ciebie. Dziś jednak przychodzimy z inną propozycją. Jest u nas pewien skryba…nazywamy go Kolekcjonerem . Skryba ten zajmuje się zbieraniem historii życia wielu osób. Nie mam pojęcia po co mu to. Ale najwyraźniej te jego dziwne hobby może się czemuś przysłużyć Posterunkowi, skoro mamy bezpośredni rozkaz pomagania i współpracowania z nim. Oferta jest taka. Ty opowiesz historię swojego życia, a my Ci za to zapłacimy… - Myślę że moje życie to tylko i wyłącznie moja sprawa. Wiecie gdzie mieszkam jak chcecie kupić ten złom. Mężczyzna w goglach skinął mu głową i skierował się w stronę osady. Ciągnąc po ziemi części maszyn. Stalowy wojownik zatrzymał go chwytając za bark. - To naprawdę nie moja sprawa, ale nie powinieneś odmawiać…zważywszy na to że jesteś mutantem… Łowca skamieniał w pół kroku a na jego twarzy pojawił się grymas strachu. - Ale skąd…kto wam powiedział… - Akta medyczne panie McKanzie. Lubimy sprawdzać ludzi, którzy z nami współpracują. Walczył pan na froncie. Widnieje pan jako ofiara ataku CH 11. Gaz bojowy w małych ilościach o działaniu mutagennym. Czy te gogle…? Łowca bez słowa zdjął gogle. Jego oczy dziwnie błyszczały i były pozbawione pigmentu. Nienaturalnie białe oczy z małymi czarną kropkami źrenic pośrodku. - Panie McKanzie to naprawdę nie moja sprawa. Przez ostatnie miesiące pracował pan dla nas i tylko to się liczy. Wiem, że tutejsi mieszkańcy bez słowa powieszą pana, gdy dowiedzą się prawdy. Gwarantuję że od nas się tego nie dowiedzą. Chciałbym jednak aby pan współpracował. - Widzę że nie mam wyboru. Nie rozumiem tylko na co wam się przyda historia takiego starego pryka jak ja. - Chyba ma to związek z mutacją. Co do ceny… - Panie poruczniku… pomijając moje przeklęte oczy, ja naprawdę jestem człowiekiem. Człowiekiem, który ma już trochę dość samotnego tułania się po pustkowiach. Jeśli dożyję takiego momentu w którym nie będę w stanie na siebie zarabiać, chcę możliwości spokojnego wyczekiwania na śmierć. Widzi pan te blizny. Nie pamiętam nawet ile razy udawało mi się ocalić swoje życie. Zbyt bardzo się do niego przywiązałem. W osadzie mieszka pewne małżeństwo z gromadą wesołych dzieciaków. Uciekinierzy z północy. Kiedy tu przyjechali nie mieli dosłownie nic. Pomogłem im zyskując tym samym dozgonnych przyjaciół. Tylko oni znają moją tajemnicę. Dzielę się z nimi każdymi zarobionymi gamblami i wiem, że kiedy przyjdzie taka potrzeba oni się mną zaopiekują. Proszę tylko aby nikt więcej się nie dowiedział. Tu chodzi nie tylko o moje życie. - Panie McKanzie, gdyby wszyscy ludzie byli tacy jak pan, ten cholerny świat już dawno stanął by na nogi. Umowa stoi. Postaram się dodatkowo dorzucać coś ekstra za te części, które pan nam dostarcza. A teraz załatwmy to szybko. To nie jest mój ulubiony rodzaj służby dla Posterunku.
* * *
W małej, położonej przy południowym murze chatce skleconej z blachy i drewna, porucznik właśnie kończył rozkładać sprzęt. - Gotowe. Oto mikrofon. Proszę mówić w tym kierunku. Potrzebne są nam tylko prawdziwe informacje, więc te urządzenie będzie rejestrowało czy mówi pan prawdę. Proszę nie ściągać tych przyssawek. Gdy będzie pan gotowy proszę nacisnąć ten przycisk i zacząć opowiadać. Proszę tylko na początku przedstawić te informacje, o które pana prosiłem. My wrócimy tu niedługo i wtedy odbierzemy te nagranie. Do zobaczenia panie McKanzie.
* * *
Wśród plątaniny laboratoryjnego i biurowego sprzętu trudno było spostrzec niskiego mężczyzny o skośnych oczach i żółtej cerze. Zbyt duże okulary w rogowej oprawie bez przerwy zsuwały mu się z nosa, gdy pochylał się nad swoimi notatkami. Mężczyzna zdjął okulary i potarł zmęczone oczy. Tego dnia czekało go jeszcze mnóstwo pracy. Jego wzrok padł na białą kopertę z napisem „Frank McKanzie” z ledwo widocznym pod nazwiskiem napisem CH 11. W kopercie znalazł cyfrowy rekorder, który umieścił w czytniku. Sam rozsiadł się wygodnie w fotelu i biorąc do ręki notatnik i długopis włączył urządzenie. Z głośników popłynął niepewny głos.
* * *
„ Nazywam się Frank McKanzie. Jestem białym mężczyzną o szczupłej budowie ciała i średnim wzroście. Lekko przygarbiony. Nie wiem ile mam lat, ale jestem już w dość podeszłym wieku. Kolor włosów siwy. Oczy pozbawione koloru. Można powiedzieć że ciemnooliwkowe, gdy mam gogle ..he he<>. Z mojego dzieciństwa pamiętam niewiele. Matki nie pamiętam. Według mojego ojca zmarła gdy byłem małym dzieckiem na chorobę której nazwy nie zapamiętałe,. Ojciec mój zajmował się plądrowaniem ruin i dostarczał znalezione przedmioty do naszej osady, wybudowanej w zgliszczach jakiegoś wielkiego miasta. Gdy byłem jeszcze dzieckiem, na naszą osadę najechały maszyny. Wpierw były te skonstruowane przez molocha na samym początku. Do tej pory pamiętam jak zabawnie wyglądał robot skonstruowany z bojlera, który starał się nas oblać wrzącą wodą. Z tymi maszynami nasza osada sobie poradziła. Do tej pory pamiętam jak z maszynki zbudowanej z dystrybutora słodyczy wyciągałem takie słodkie, kolorowe cukierki. Tego samego dnia pod wieczór przyszły maszyny, które jak się potem dowiedziałem były tworem ludzkim, a przez molocha zostały przejęte. Z nimi nie mieliśmy szans. Pamiętam jak jakiś chłopak wyciągnął mnie spod gruzu i powlókł mnie przez ruiny. Często traciłem przytomność. Kilkunastu ocalałych ludzi próbowało przedrzeć się potem przez pustkowia, ale zostaliśmy napadnięci przez bandytów. Pamiętam, że mnie i kilka innych dzieci zabrano, a reszty nigdy już nie ujrzałem. Bandyci wykorzystywali nas jako tragarzy, a jak dorośliśmy również jako wojowników. W gangu poznałem Collina Bella, mojego dobrego przyjaciela. Nie jestem w stanie powiedzieć ile czasu spędziłem wśród bandytów. Pewnego razu zaatakował nas jakiś oddział, kiedy łupiliśmy małą wioskę. Byli to ,jak się dowiedziałem później, Stalowi Policjanci. Tych, którzy przetrwali związano i wrzucano na ciężarówki. Byłem ranny i nie za wiele pamiętam. Samochody wywiozły nas w dziwne miejsce. Mnóstwo dziur w ziemi i betonowych budowli. Niedługo potem zrozumiałem swoje położenie. Stalowi Policjanci przekazali nas Posterunkowi, który przymusowo zrobił z nas frontowych żołnierzy. Ludzie z Posterunku wycofali się do tyłu i pobudowali drugą linię umocnień. My zajęliśmy ich stare pozycje. Znaleźliśmy się między młotem a kowadłem. Z jednej strony Moloch, z drugiej strony Posterunek, który otwierał do nas ogień, jak tylko zanadto zbliżyliśmy się do jego umocnień. Muszę teraz przyznać że była to zmyślna taktyka. Co kilka dni dwie ciężarówki jechały w kierunku drugiego pierścienia umocnień, aby przywieźć amunicję, leki i jedzenie. Oczywiście w niewielkiej ilości. Trzeba jednak zauważyć że ciągłe zagrożenie ze strony Stalowej Bestii zmusiło moich dawnych, zwyrodniałych towarzyszy do wspólnej pracy. Ja wraz z moim przyjacielem Collinsem oraz kilkoma młodszymi członkami gangów mieliśmy za zadanie polować, aby wzbogacić skromne dostawy. Tam właśnie oprócz strzelania do szczurów, nauczyłem się zasadzać na mniejsze maszyny molocha, które potem zamienialiśmy z Posterunkiem na kilka dodatkowych worków ze zbożem. Koniec mojej przygody z frontem to jednocześnie początek mojego obecnego stanu. W czasie jednego z ataków maszyny molocha wypuściły dziwny gaz, który nasze maski nie były w stanie powstrzymać. Z daleka widziałem jak ludzie w okopach krzycząc z bólu zdzierali maski i wydrapywali sobie oczy. Ci którzy stali trochę dalej wciąż walczyli. Wstyd się przyznać, ale spanikowałem i wraz z moimi towarzyszami zacząłem uciekać w stronę drugiego pierścienia. Jako że biegałem najwolniej, zdążyła mnie jeszcze sięgnąć chmura gazu, a moje oczy zaczęły boleśnie piec. Gdy dobiegaliśmy do umocnień posterunku, Ci zamiast otworzyć ogień, pozwolili nam przejść. Pewnie dlatego, że byliśmy jeszcze dziećmi. W okopach zajął się mną sanitariusz, a potem zabrano nas wszystkich do szpitala polowego. Mnie chciano odizolować od reszty, ale Collin się uparł że zostanie. O reszcie ocalałych mi nie wiadomo. Dopiero po kilku dniach powiedziano mi co się ze mną stało. Ten gaz zadziałał na mnie w małym stopniu, mutując moje oczy. Jak tłumaczyła mi sanitariuszka mutagenne reakcje i zmiany komórkowe są tak silne i bolesne przy dużych dawkach, że ludzie wydłubują sobie oczy i zupełnie wariują. Kiedy po tygodniu mnie wypuszczono, jeden z eskortujących mnie żołnierzy dał mi te gogle mówiąc że będzie mi łatwiej. Nie wiedziałem wtedy o co mu chodziło. Dostaliśmy z Collinem trochę jedzenia. Ciężko było mi opuszczać miejsce, gdzie traktowano mnie tak dobrze, lecz moja mutacja, mimo iż nieszkodliwa, była nie do zaakceptowania przez Posterunek, w czasach kiedy mutanci molocha pustoszyli ludzkie osady. Jeden z patroli dowiózł nas w pobliże ludzkich osad. Dowódca patrolu dał mi jeszcze rewolwer S&W 38 i kilka nabojów oraz przepyszną tabliczkę przedwojennej czekolady, której smak pamiętam do dziś. Tułaliśmy się z Collinem przez kilka dni po pustkowiach, wszędzie napotykając nieprzychylne spojrzenia oraz zamknięte na głucho wrota warownych osad. Nic dziwnego. Nadeszły teraz takie czasy, że nikomu nie można ufać. Raz, czy dwa razy nawet nas profilaktycznie ostrzelano. I pewnie tułalibyśmy się tak dalej gdyby nie wypadek. Kończyło nam się wtedy jedzenie i chciałem coś upolować. Przywiązałem więc do kija puszkę z resztką konserwy i zaczaiłem się z mym towarzyszem. Po kilku godzinach na puszkę skusił się dziki pies. Podczołgałem się do niego i dwoma strzałami zakończyłem jego psi żywot… tak mi się przynajmniej wydawało. I kiedy Collin podszedł do psa, ten błyskawicznie się zerwał i chwycił go zębami za łydkę. Kolejne dwa strzały uśmierciły psa na dobre, ale rana nie wyglądała dobrze. Na domiar złego inne psy ze stada właśnie nadciągnęły w naszą stronę. Musiałem zostawić zdobycz i ratować własną skórę. Na szczęście psy zajęły się swoim martwym towarzyszem, więc spokojnie mogliśmy uciec. Po kilku dniach nasza sytuacja wyglądała tragicznie. Kończyła nam się woda, nie jedliśmy od dawna, dodatkowo rana na łydce Collina zaczęła ropieć a on sam często dostawał gorączki. W końcu dotarliśmy do osady New Ferdland. Miejscowi ludzie zaopiekowali się Collinem. W tym momencie nasze drogi się rozeszły. Nie mogłem zostać, bo gdyby ktoś odkrył że jestem mutantem zastrzelili by nie tylko mnie ale i Collina. Sprzedałem rewolwer za duży bukłak wody i ostry nóż i pożegnałem przyjaciela obiecując mu, że kiedyś się jeszcze zobaczymy. Spełniłem obietnice dopiero po kilkunastu latach. Wędrowałem dalej na północ żywiąc się tym co znajdę lub upoluję, aż dotarłem na tereny zajmowane przez Ludzi Pustyni. Udało mi się uprosić jeden ze szczepów, abym mógł pozostać na ich terenach, w zamian za ciężką pracę. Nikomu nie przeszkadzało że jestem inny niż wszyscy. Co więcej pewna zdolność jaką nabyłem pozwoliła mi zyskać wśród miejscowych szacunek. Otóż…moje oczy…mogę trochę lepiej widzieć w słabym świetle i w nocy, niż normalny człowiek. Nie wiem dlaczego tak się dzieje, ale tak już jest. Przez kilkanaście lat mieszkałem wśród czerwonoskórych ucząc się ich filozofii życia, trudnej sztuki polowania i przetrwania. Aż do czasu wielkiej nagonki zapoczątkowanej przez Nowy Jork, kiedy to atak mutantów Borgo wspieranych przez kilka maszyn molocha został powstrzymany dopiero na przedmieściach. Od tej pory za każde ciało z mutacją płacono w Nowym Jorku i w Federacji w lekach i broni naprawdę ciężkie gamble. Niejeden traper polujący na terenach czerwonoskórych zainteresował się „Noctuara Ihtak” – widzącym w ciemności. Kilka razy ledwo udało mi się ujść z życiem. Nie chciałem narażać ludzi, którzy tyle dla mnie zrobili. Dotarłem z powrotem do New Ferdland, która przez kilkanaście lat przekształciła się w spore miasteczko. Pamiętam radość w oczach Hollina, kiedy mnie ujrzał. Mimo iż nalegał, nie chciałem zostać w tym samym mieście co on. Miał już on wtedy żonę i dwoje dzieci. Collin załatwił mi możliwość osiedlenia się w małej łowieckiej wiosce, gdzie mogłem wykazać się swoim kunsztem. Ludzie byli tu na tyle strapieni bliskością molocha i codziennymi trudami życia, że nie interesowali się zanadto moją osobą. I tu się właściwie kończy moja historia. Aż do chwili obecnej mieszkam w tej osadzie. Poluje na zwierzęta i maszyny i udaje mi się jakoś związać koniec z końcem. Proszę, aby nikt niepowołany nie dowiedział się o mojej tajemnicy. …
* * *
Skryba skończył notować. Notatkę wraz z cyfrowym rekorderem włożył do koperty, a tą umieścił w blaszanej szafce z podpisem CH 11. W szafce nie było wiele akt. Niewielu przeżywało.
INFORMACJE Imię i nazwisko: Frank McKanzie Pochodzenie: Człowiek z…nie twój zasrany interes Specjalizacja: Ranger Profesja: Zabójca Maszyn Cechy: Słaby punkt; Wszechstronność Choroba: Mutacja gałek ocznych.
JEST TO BLOG POŚWIĘCONY GRZE FABULARNEJ NEUROSHIMA RPG.
Nazywam się Bartosh i jestem właścicielem tego skromnego miejsca. Tu możecie odpocząć przed dalszą podróżą. Obsługą gości zajmuje się ten przesympatyczny Kowboj który stoi za ladą. To Old Maverick. Barman, ochrona i drugi właściciel w jednym teksańskim kawałku. Jeśli czegoś potrzebujecie, to walcie do niego jak w dym. Co prawda to Teksańczyk, ale w całym swoim życiu nie spotkałem bardziej tolerancyjnego gościa z tamtych stron. Dopóki nie będziecie rozrabiać i płacicie za rachunki, nic wam się nie stanie. I co? Dlaczego "Pod Martwym Mutkiem"? Old Maverick chętnie wam opowie. W końcu to on rozwalił tego odmieńca...
Jeżeli rozumiecie ten krótki wstęp, i wiecie dlaczego tolerancyjny Teksańczyk to okaz tak unikatowy jak amunicja do granatnika, niechybnie mieliście do czynienia ze wspaniałą polską grą Neuroshima RPG Na tej stronie znajdziecie kilka, kilkanaście a może kiedyś i kilkadziesiąt tekstów mojego autorstwa, tworzonych w oparciu i na potrzeby właśnie postapokaliptycznego świata Neuroshimy. Mam nadzieję, że nie będziecie żałowali czasu poświęconego tutaj.