03.03.2010

Frank McKanzie

Po spękanym asfalcie kroczył powoli człowiek w starej, wytartej kamizelce wojskowej. Zza zgarbionych pleców wystawała lufa niespotykanego i wyglądającego na samoróbkę sztucera. Twarz miał częściowo schowaną za goglami o oliwkowych szkłach. Dookoła głowy powiewały rzadkie kosmyki długich, szarych włosów, choć czaszkę miał prawie łysą. W rękach trzymał przewiązany w pasie kabel, na końcu którego zgrzytała i brzęczała sterta ciągniętych po ziemi i związanych ze sobą elektronicznych części, zdobytych na maszynach Molocha. Szedł powoli, krok po kroku, w stronę lśniącej w oddali osady. Słyszał niesione z wiatrem, niewyraźne odgłosy żyjącego miasteczka, pracujących i bawiących się mieszkańców. W promieniach zachodzącego słońca spostrzegł w końcu dużego osobnika o potężnych ramionach, okutego w stalowy pancerz, który zdaje się czekał na niego. Gdy spotkali się kilkadziesiąt kroków od osady, wędrowiec puścił kabel ze swoim dobytkiem i wyciągnął rękę na powitanie. Dłoń opancerzonego zacisnęła się na jego prawicy z siłą stali.
- Czekam tu już dobre trzy godziny. Mam nadzieję że było warto – od razu przeszedł do rzeczy nieznajomy. Łowca uśmiechnął się nieznacznie i wypluł tlący się filtr wypalonego papierosa.
- Zasadziłem się dziś na większą sztukę. Myślę, że Posterunek będzie zadowolony.
Stalowy wojownik spojrzał na mechaniczne części wleczone przez mężczyznę kiwając
głową z aprobatą.
- Oczywiście odkupimy je od Ciebie. Dziś jednak przychodzimy z inną propozycją. Jest u nas pewien skryba…nazywamy go Kolekcjonerem . Skryba ten zajmuje się zbieraniem historii życia wielu osób. Nie mam pojęcia po co mu to. Ale najwyraźniej te jego dziwne hobby może się czemuś przysłużyć Posterunkowi, skoro mamy bezpośredni rozkaz pomagania i współpracowania z nim. Oferta jest taka. Ty opowiesz historię swojego życia, a my Ci za to zapłacimy…
- Myślę że moje życie to tylko i wyłącznie moja sprawa. Wiecie gdzie mieszkam jak chcecie kupić ten złom.
Mężczyzna w goglach skinął mu głową i skierował się w stronę osady. Ciągnąc po ziemi części maszyn. Stalowy wojownik zatrzymał go chwytając za bark.
- To naprawdę nie moja sprawa, ale nie powinieneś odmawiać…zważywszy na to że jesteś mutantem…
Łowca skamieniał w pół kroku a na jego twarzy pojawił się grymas strachu.
- Ale skąd…kto wam powiedział…
- Akta medyczne panie McKanzie. Lubimy sprawdzać ludzi, którzy z nami współpracują. Walczył pan na froncie. Widnieje pan jako ofiara ataku CH 11. Gaz bojowy w małych ilościach o działaniu mutagennym. Czy te gogle…?
Łowca bez słowa zdjął gogle. Jego oczy dziwnie błyszczały i były pozbawione pigmentu. Nienaturalnie białe oczy z małymi czarną kropkami źrenic pośrodku.
- Panie McKanzie to naprawdę nie moja sprawa. Przez ostatnie miesiące pracował pan dla nas i tylko to się liczy. Wiem, że tutejsi mieszkańcy bez słowa powieszą pana, gdy dowiedzą się prawdy. Gwarantuję że od nas się tego nie dowiedzą. Chciałbym jednak aby pan współpracował.
- Widzę że nie mam wyboru. Nie rozumiem tylko na co wam się przyda historia takiego starego pryka jak ja.
- Chyba ma to związek z mutacją. Co do ceny…
- Panie poruczniku… pomijając moje przeklęte oczy, ja naprawdę jestem człowiekiem. Człowiekiem, który ma już trochę dość samotnego tułania się po pustkowiach. Jeśli dożyję takiego momentu w którym nie będę w stanie na siebie zarabiać, chcę możliwości spokojnego wyczekiwania na śmierć. Widzi pan te blizny. Nie pamiętam nawet ile razy udawało mi się ocalić swoje życie. Zbyt bardzo się do niego przywiązałem. W osadzie mieszka pewne małżeństwo z gromadą wesołych dzieciaków. Uciekinierzy z północy. Kiedy tu przyjechali nie mieli dosłownie nic. Pomogłem im zyskując tym samym dozgonnych przyjaciół. Tylko oni znają moją tajemnicę. Dzielę się z nimi każdymi zarobionymi gamblami i wiem, że kiedy przyjdzie taka potrzeba oni się mną zaopiekują. Proszę tylko aby nikt więcej się nie dowiedział. Tu chodzi nie tylko o moje życie.
- Panie McKanzie, gdyby wszyscy ludzie byli tacy jak pan, ten cholerny świat już dawno stanął by na nogi. Umowa stoi. Postaram się dodatkowo dorzucać coś ekstra za te części, które pan nam dostarcza. A teraz załatwmy to szybko. To nie jest mój ulubiony rodzaj służby dla Posterunku.

* * *

W małej, położonej przy południowym murze chatce skleconej z blachy i drewna, porucznik właśnie kończył rozkładać sprzęt.
- Gotowe. Oto mikrofon. Proszę mówić w tym kierunku. Potrzebne są nam tylko prawdziwe informacje, więc te urządzenie będzie rejestrowało czy mówi pan prawdę. Proszę nie ściągać tych przyssawek. Gdy będzie pan gotowy proszę nacisnąć ten przycisk i zacząć opowiadać.
Proszę tylko na początku przedstawić te informacje, o które pana prosiłem. My wrócimy tu niedługo i wtedy odbierzemy te nagranie. Do zobaczenia panie McKanzie.

* * *

Wśród plątaniny laboratoryjnego i biurowego sprzętu trudno było spostrzec niskiego mężczyzny o skośnych oczach i żółtej cerze. Zbyt duże okulary w rogowej oprawie bez przerwy zsuwały mu się z nosa, gdy pochylał się nad swoimi notatkami. Mężczyzna zdjął okulary i potarł zmęczone oczy. Tego dnia czekało go jeszcze mnóstwo pracy. Jego wzrok padł na białą kopertę z napisem „Frank McKanzie” z ledwo widocznym pod nazwiskiem napisem CH 11.
W kopercie znalazł cyfrowy rekorder, który umieścił w czytniku. Sam rozsiadł się wygodnie w fotelu i biorąc do ręki notatnik i długopis włączył urządzenie. Z głośników popłynął niepewny głos.


* * *

„ Nazywam się Frank McKanzie. Jestem białym mężczyzną o szczupłej budowie ciała i średnim wzroście. Lekko przygarbiony. Nie wiem ile mam lat, ale jestem już w dość podeszłym wieku. Kolor włosów siwy. Oczy pozbawione koloru. Można powiedzieć że ciemnooliwkowe, gdy mam gogle ..he he<>. Z mojego dzieciństwa pamiętam niewiele. Matki nie pamiętam. Według mojego ojca zmarła gdy byłem małym dzieckiem na chorobę której nazwy nie zapamiętałe,. Ojciec mój zajmował się plądrowaniem ruin i dostarczał znalezione przedmioty do naszej osady, wybudowanej w zgliszczach jakiegoś wielkiego miasta. Gdy byłem jeszcze dzieckiem, na naszą osadę najechały maszyny. Wpierw były te skonstruowane przez molocha na samym początku. Do tej pory pamiętam jak zabawnie wyglądał robot skonstruowany z bojlera, który starał się nas oblać wrzącą wodą. Z tymi maszynami nasza osada sobie poradziła. Do tej pory pamiętam jak z maszynki zbudowanej z dystrybutora słodyczy wyciągałem takie słodkie, kolorowe cukierki. Tego samego dnia pod wieczór przyszły maszyny, które jak się potem dowiedziałem były tworem ludzkim, a przez molocha zostały przejęte. Z nimi nie mieliśmy szans. Pamiętam jak jakiś chłopak wyciągnął mnie spod gruzu i powlókł mnie przez ruiny. Często traciłem przytomność. Kilkunastu ocalałych ludzi próbowało przedrzeć się potem przez pustkowia, ale zostaliśmy napadnięci przez bandytów. Pamiętam, że mnie i kilka innych dzieci zabrano, a reszty nigdy już nie ujrzałem. Bandyci wykorzystywali nas jako tragarzy, a jak dorośliśmy również jako wojowników. W gangu poznałem Collina Bella, mojego dobrego przyjaciela. Nie jestem w stanie powiedzieć ile czasu spędziłem wśród bandytów. Pewnego razu zaatakował nas jakiś oddział, kiedy łupiliśmy małą wioskę. Byli to ,jak się dowiedziałem później, Stalowi Policjanci. Tych, którzy przetrwali związano i wrzucano na ciężarówki. Byłem ranny i nie za wiele pamiętam. Samochody wywiozły nas w dziwne miejsce. Mnóstwo dziur w ziemi i betonowych budowli. Niedługo potem zrozumiałem swoje położenie. Stalowi Policjanci przekazali nas Posterunkowi, który przymusowo zrobił z nas frontowych żołnierzy. Ludzie z Posterunku wycofali się do tyłu i pobudowali drugą linię umocnień. My zajęliśmy ich stare pozycje. Znaleźliśmy się między młotem a kowadłem. Z jednej strony Moloch, z drugiej strony Posterunek, który otwierał do nas ogień, jak tylko zanadto zbliżyliśmy się do jego umocnień.
Muszę teraz przyznać że była to zmyślna taktyka. Co kilka dni dwie ciężarówki jechały w kierunku drugiego pierścienia umocnień, aby przywieźć amunicję, leki i jedzenie. Oczywiście w niewielkiej ilości. Trzeba jednak zauważyć że ciągłe zagrożenie ze strony Stalowej Bestii zmusiło moich dawnych, zwyrodniałych towarzyszy do wspólnej pracy. Ja wraz z moim przyjacielem Collinsem oraz kilkoma młodszymi członkami gangów mieliśmy za zadanie polować, aby wzbogacić skromne dostawy. Tam właśnie oprócz strzelania do szczurów, nauczyłem się zasadzać na mniejsze maszyny molocha, które potem zamienialiśmy z Posterunkiem na kilka dodatkowych worków ze zbożem. Koniec mojej przygody z frontem to jednocześnie początek mojego obecnego stanu. W czasie jednego z ataków maszyny molocha wypuściły dziwny gaz, który nasze maski nie były w stanie powstrzymać. Z daleka widziałem jak ludzie w okopach krzycząc z bólu zdzierali maski i wydrapywali sobie oczy. Ci którzy stali trochę dalej wciąż walczyli. Wstyd się przyznać, ale spanikowałem i wraz z moimi towarzyszami zacząłem uciekać w stronę drugiego pierścienia. Jako że biegałem najwolniej, zdążyła mnie jeszcze sięgnąć chmura gazu, a moje oczy zaczęły boleśnie piec. Gdy dobiegaliśmy do umocnień posterunku, Ci zamiast otworzyć ogień, pozwolili nam przejść. Pewnie dlatego, że byliśmy jeszcze dziećmi. W okopach zajął się mną sanitariusz, a potem zabrano nas wszystkich do szpitala polowego. Mnie chciano odizolować od reszty, ale Collin się uparł że zostanie. O reszcie ocalałych mi nie wiadomo. Dopiero po kilku dniach powiedziano mi co się ze mną stało. Ten gaz zadziałał na mnie w małym stopniu, mutując moje oczy. Jak tłumaczyła mi sanitariuszka mutagenne reakcje i zmiany komórkowe są tak silne i bolesne przy dużych dawkach, że ludzie wydłubują sobie oczy i zupełnie wariują. Kiedy po tygodniu mnie wypuszczono, jeden z eskortujących mnie żołnierzy dał mi te gogle mówiąc że będzie mi łatwiej. Nie wiedziałem wtedy o co mu chodziło. Dostaliśmy z Collinem trochę jedzenia. Ciężko było mi opuszczać miejsce, gdzie traktowano mnie tak dobrze, lecz moja mutacja, mimo iż nieszkodliwa, była nie do zaakceptowania przez Posterunek, w czasach kiedy mutanci molocha pustoszyli ludzkie osady. Jeden z patroli dowiózł nas w pobliże ludzkich osad. Dowódca patrolu dał mi jeszcze rewolwer S&W 38 i kilka nabojów oraz przepyszną tabliczkę przedwojennej czekolady, której smak pamiętam do dziś. Tułaliśmy się z Collinem przez kilka dni po pustkowiach, wszędzie napotykając nieprzychylne spojrzenia oraz zamknięte na głucho wrota warownych osad. Nic dziwnego. Nadeszły teraz takie czasy, że nikomu nie można ufać. Raz, czy dwa razy nawet nas profilaktycznie ostrzelano. I pewnie tułalibyśmy się tak dalej gdyby nie wypadek. Kończyło nam się wtedy jedzenie i chciałem coś upolować. Przywiązałem więc do kija puszkę z resztką konserwy i zaczaiłem się z mym towarzyszem. Po kilku godzinach na puszkę skusił się dziki pies. Podczołgałem się do niego i dwoma strzałami zakończyłem jego psi żywot… tak mi się przynajmniej wydawało. I kiedy Collin podszedł do psa, ten błyskawicznie się zerwał i chwycił go zębami za łydkę. Kolejne dwa strzały uśmierciły psa na dobre, ale rana nie wyglądała dobrze. Na domiar złego inne psy ze stada właśnie nadciągnęły w naszą stronę. Musiałem zostawić zdobycz i ratować własną skórę. Na szczęście psy zajęły się swoim martwym towarzyszem, więc spokojnie mogliśmy uciec. Po kilku dniach nasza sytuacja wyglądała tragicznie. Kończyła nam się woda, nie jedliśmy od dawna, dodatkowo rana na łydce Collina zaczęła ropieć a on sam
często dostawał gorączki. W końcu dotarliśmy do osady New Ferdland. Miejscowi ludzie zaopiekowali się Collinem. W tym momencie nasze drogi się rozeszły. Nie mogłem zostać, bo gdyby ktoś odkrył że jestem mutantem zastrzelili by nie tylko mnie ale i Collina. Sprzedałem rewolwer za duży bukłak wody i ostry nóż i pożegnałem przyjaciela obiecując mu, że kiedyś się jeszcze zobaczymy. Spełniłem obietnice dopiero po kilkunastu latach. Wędrowałem dalej na północ żywiąc się tym co znajdę lub upoluję, aż dotarłem na tereny zajmowane przez Ludzi Pustyni. Udało mi się uprosić jeden ze szczepów, abym mógł pozostać na ich terenach, w zamian za ciężką pracę. Nikomu nie przeszkadzało że jestem inny niż wszyscy. Co więcej pewna zdolność jaką nabyłem pozwoliła mi zyskać wśród miejscowych szacunek. Otóż…moje oczy…mogę trochę lepiej widzieć w słabym świetle i w nocy, niż normalny człowiek. Nie wiem dlaczego tak się dzieje, ale tak już jest. Przez kilkanaście lat mieszkałem wśród czerwonoskórych ucząc się ich filozofii życia, trudnej sztuki polowania i przetrwania. Aż do czasu wielkiej nagonki zapoczątkowanej przez Nowy Jork, kiedy to atak mutantów Borgo wspieranych przez kilka maszyn molocha został powstrzymany dopiero na przedmieściach. Od tej pory za każde ciało z mutacją płacono w Nowym Jorku i w Federacji w lekach i broni naprawdę ciężkie gamble. Niejeden traper polujący na terenach czerwonoskórych zainteresował się „Noctuara Ihtak” – widzącym w ciemności. Kilka razy ledwo udało mi się ujść z życiem. Nie chciałem narażać ludzi, którzy tyle dla mnie zrobili. Dotarłem z powrotem do New Ferdland, która przez kilkanaście lat przekształciła się w spore miasteczko.
Pamiętam radość w oczach Hollina, kiedy mnie ujrzał. Mimo iż nalegał, nie chciałem zostać w tym samym mieście co on. Miał już on wtedy żonę i dwoje dzieci. Collin załatwił mi możliwość osiedlenia się w małej łowieckiej wiosce, gdzie mogłem wykazać się swoim kunsztem. Ludzie byli tu na tyle strapieni bliskością molocha i codziennymi trudami życia, że nie interesowali się zanadto moją osobą. I tu się właściwie kończy moja historia. Aż do chwili obecnej mieszkam w tej osadzie. Poluje na zwierzęta i maszyny i udaje mi się jakoś związać koniec z końcem. Proszę, aby nikt niepowołany nie dowiedział się o mojej tajemnicy.

* * *

Skryba skończył notować. Notatkę wraz z cyfrowym rekorderem włożył do koperty, a tą umieścił w blaszanej szafce z podpisem CH 11. W szafce nie było wiele akt. Niewielu przeżywało.

INFORMACJE
Imię i nazwisko: Frank McKanzie
Pochodzenie: Człowiek z…nie twój zasrany interes
Specjalizacja: Ranger
Profesja: Zabójca Maszyn
Cechy: Słaby punkt; Wszechstronność
Choroba: Mutacja gałek ocznych.

Budowa: 10
Zręczność: 11
Charakter: 9
Percepcja: 15
Spryt: 10

Wyposażenie: Sztucer(Samoróbka), Kilka sztuk nabojów 7,62 FMJ, Paczka Lucky Strike,
Mała mechaniczna piła do metalu, ciemnooliwkowe gogle.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz